czwartek, 21 września 2017

kiedy wszystko się wali.

"Kiedy znalazłem się na dnie, usłyszałem pukanie od dołu". S.J. Lec

Tak sobie myślę, że wiele z tych najważniejszych, najistotniejszych dla nas w ostatecznym rozrachunku rzeczy zdarza nam się, kiedy nasze życie jest w całkowitej rozsypce. To co daje nam największą moc, co powoduje, że wzrastamy jako ludzie, że dojrzewamy i zaczynamy patrzeć na życie z pokorą właściwą tylko mądrym jednostkom, ma swój początek w totalnym życiowym bajzlu. (bajzel = bałagan, armagedon, huragan, total-syf; tłumaczę, bo jak kilka dni temu użyłam słowa bajzel, to napotkałam zdziwione oczy kota ze Shreka i pytanie, czy to jest obraźliwe słowo). Mądre, dobre życie podobne jest trochę do gruntownych porządków w zawalonej szafie ze zbędnymi ubraniami. Jeśli chcemy mieć pasujące do siebie, idealnie poukładane ciuchy, najpierw musimy wszystko z tej szafy wywalić na podłogę, zrobić wielką, nieskładną kupkę z tych ciuchów, żeby potem powybierać z niej rzeczy, które faktycznie chcemy nosić i tylko te umieścić w idealnym rządku w naszej szafie. Resztę ciuchów- za małych, za dużych, za brzydkich, za... etc. - out. Bez sentymentów. Żeby zbudować coś od nowa, najpierw trzeba zburzyć stare. Ziemia też podobno powstała z wielkiego wybuchu w kosmosie, także wiesz... Najpierw bum, katastrofa, syf po całości, ogień, tony pyłu i fruwające odłamki, które próbują zdzielić Cię w głowę w najmniej spodziewanym momencie, a potem nowy świat z nowymi ludźmi i nowym życiem.

Ludzie latami uciekają przed bólem, boją się cierpienia, żyją z dnia na dzień karmiąc się lękiem przed życiowym zakrętem. Zasypiają co wieczór z rosnącą gulą w gardle w obawie, że jutro będzie ten dzień, kiedy los odmieni się o 180 stopni i stracą wszystko co mają dzisiaj. Cały ich bezpieczny, poukładany świat rozsypie się w gruzy. Zapominają, że życiowe zakręty, choć często przynoszą ze sobą łzy i niepewność, dają również możliwość całkowitej zmiany swojego świata. Carte blanche. Pusta biała kartka. Restart systemu. Pauza. Chwila oddechu. I go! To nie jest tak, że ja sobie żyję z wielkim uśmiechem na twarzy na co dzień, lekko i spokojnie, nie martwiąc się zupełnie niczym i z radością myślę o utracie pracy, rozwodzie czy chorobie. Nienormalna bym była, gdyby mnie to wszystko nie ruszało. Wręcz mam tendencję do zamartwiania się i pisania czarnych scenariuszy. Ale... choć te wszystkie problemy nie są prezentami, które chciałabym dostać na urodziny przewiązane czerwoną wstążką, zdaję sobie sprawę, że to one właśnie niosą ze sobą te najcenniejsze lekcje i dają możliwość zbudowania nowej, lepszej rzeczywistości. Każdy kryzys jest szansą na spróbowanie jeszcze raz tym razem mądrzej, piękniej, lepiej. Jeśli choć raz zmienić perspektywę i zamiast zapytać: dlaczego spotkało to właśnie mnie? co ja takiego zrobiłam? za co to wszystko?, zapytasz: czego to mnie ma nauczyć? jaką lekcję z tego wyciągnę? co dobrego wezmę z tego dla siebie? Wszystko od razu się zmienia, jeśli pozwolisz sobie otworzyć się na nowe możliwości. Tak naprawdę wokół Ciebie nie zmienia się nic, to Ty się zmieniasz i to jest właśnie to o co w tym wszystkim chodzi.

Jeśli chcesz zmienić świat, zacznij od siebie, a reszta za tym pójdzie- to naprawdę tak działa, sprawdzone. Bardziej niż to, co nam się przydarza, liczy się to, jak to reagujemy. Jeśli chcemy widzieć koniec świata, to go zobaczymy. Jeśli chcemy dostrzec szansę, to ją dostaniemy. Prawie każde negatywne zdarzenie może być początkiem czegoś lepszego. Utrata pracy może być szansą na znalezienie innej, ciekawszej, lepiej płatnej, w której wreszcie zaczniesz się spełniać tak jak zawsze chciałaś. Odejście partnera, który wydawał się być tym na zawsze, może okazać się najlepszym wydarzeniem w Twoim życiu, bo a nuż za rogiem czeka miłość Twojego życia. Debet na koncie, mimo że do pierwszego jeszcze łohoho albo i dłużej, zmusza do kreatywności (albo do pożyczania, chociaż wolę wierzyć, że jednak do kreatywności ;) ), choroba, mimo że paraliżuje strachem, paradoksalnie wyostrza zmysły i nagle świat wydaje się być piękniejszy, a każda chwila bezcenna. Zanim zarzucisz mi infantylność, powtarzanie banałów i brak osadzenia w rzeczywistości... powiem Ci, że przeżyłam to wszystko o czym napisałam. Wiem jak to jest, kiedy zostajesz sama z wielkim brzuchem w obcym mieście z debetem na koncie, wiem jak to jest siedzieć kilka godzin po porodzie na metalowym krześle przy szpitalnym łóżeczku swojego dziecka od 6 rano do 22 wieczorem (bo akurat miejsc zabrakło), wiem jak to jest gdy na rutynowym usg słyszysz "na prawym jajniku coś jest, 3cmx2cm", wiem jak to jest kiedy umiera ktoś kto opowiadał najpiękniejsze bajki, gotował najlepszą pomidorową i nauczył cię wiązać sznurówki.

To nie jest tak, że jestem wdzięczna za każdą złą chwilę, bo kto normalny by był? Pewnie, że wolałabym, aby było spokojnie, łatwo i bezproblemowo. Tylko czy wtedy byłabym tym kim jestem? Pisałabym teraz do Ciebie? Im jestem starsza, tym bardziej uderza mnie jak ludzie nie doceniają tego co mają. Nieważne ile mają, zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej. Życie nigdy nie będzie w 100% idealne, zawsze czegoś będzie brakować, a w oczekiwaniu na wyimaginowany ideał, tracimy kolejne dni. Sekretem udanego życia jest wdzięczność, skupianie się na tym co dobre. Nie doceniamy małych momentów, chwil i codziennych zdarzeń. Codziennie trwonimy szanse by być szczęśliwymi. Przeszłość już była, przyszłości jeszcze nie ma, jest tylko tu i teraz. Tylko to jest ważne, tylko to się liczy. To że rosół pachnie na cały dom, że dzieci zdrowe i że paznokcie zdążyłaś rano pomalować. Że jest na rachunki i na nowe kozaczki na zimę. Że dach nad głową, ciepła kołdra w nocy i ramię, na które możesz położyć głowę. Że telefon dzwoni i maile się piszą, że mam dla kogo pracować, że podoba się to co robię. Życie jest dobre, ze wszystkim co ze sobą niesie, a szczęście nie jest wygraną na loterii jak szóstka w totka, tylko naszym osobistym wyborem. Odrabiam życiowe lekcje, uczę się pilnie, zapamiętuję u wyciągam wnioski. Już od dawna nie popełniłam drugi raz tego samego błędu, a to znaczy, że pojętna ze mnie uczennica. Popełniam nowe, ale któż ich nie popełnia ;) Z pokorą podchodzę do kryzysów i dzielnie układam na nowo rozsypane klocki, dopasowuję pogubione puzzle, aby powstał idealny obrazek.

Wciąż za mało we mnie zgody, żeby każdą złą chwilę potraktować jak dar, raczej biorę je jako życiową lekcję. Nauczyłam się, że kiedy wiatr zamyka mi z hukiem przed nosem kolejne drzwi, to ja szukam tylnego wejścia, a jeśli go nie ma, włażę oknem. Doceniam, że jest stabilnie, spokojnie, tak samo każdego dnia. Może bez sztucznych ogni, fajerwerków, uwielbienia tłumów i dzikich tańców na stole, ale za to bezpiecznie. Dzisiaj daję sobie piątkę z plusem za spadanie na cztery łapy. Na szóstkę nie zasłużyłam, bo wciąż mam zbyt często przy tym poobijane łokcie i zdarte do krwi kolana. Ale spokojnie, nauczę się. W końcu jestem pojętną uczennicą.

poniedziałek, 18 września 2017

5 prostych przepisów na pigwę, czyli jesienne uodparnianie czas zacząć.

Zaczęło się, proszę ja Ciebie.


Oficjalnie mogę odtrąbić uroczystą inaugurację sezonu smarkająco- plującego. Niestety... Liczyłam na to, że w tym roku cała ta jazda nas ominie. No dobra, może nie tyle ominie, bo to niemożliwe raczej, co chociaż nie przetrzepie tak dotkliwie jak o tej właśnie porze rok temu. Wzięło nas wtedy wszystkich już na początku września. Chwilę po rozpoczęciu roku szkolnego Starsza przyniosła ze szkoły jakiegoś paskudziela wrednego. Wirusa znaczy się, który po kolei przeleciał się przez każdego członka rodziny, nie omijając nikogo. Przy czym moja starsza córka przeszła chorobę najłagodniej, bo skończyło się u niej właściwie tylko na katarze i niewielkim kaszlu. Następna w kolejce byłam ja i mnie sponiewierało konkretnie, bo gorączka chwilami dochodziła do 40 stopni, kasłałam jak stary gruźlik po przeszczepie płuc, aby na końcówce stracić głos na całe 3 dni. Chwilę po mnie dopadło Małą, co nas totalnie załamało, bo wiadomo, że chorująca Mała oznacza dla nas totalny brak snu, jęki do bladego świtu i kilkudniową dezorganizację domu. Mąż jakoś tam się uchronił, wcinając czosnek i cebulę na kilogramy, zionąc przy tym śmiercionośnym zapaszkiem na kilometr. Chociaż chwila... on chyba też narzekał na gardło...

Wybacz mi, proszę, ten przydługi nieco wstęp, ale chciałam się wytłumaczyć.

Wytłumaczyć, bo jedyne o czym od przedwczoraj myślę i jedyne o czym jestem w stanie dziś napisać, to jak do jasnej anielki uodpornić całe to zasmarkane towarzystwo (ze mną na czele)!! Bo musisz wiedzieć, że moje córki już są chore! Starsza od kilku dni kicha i narzeka na ból gardła, a Mała obudziła się dzisiaj z katarem do pasa. Jakby tego było mało, mnie boli gardło i czuję, że za chwilę dołączę do tego wesołego smarkatego grona... Biorę się więc do boju, bo drugi raz takiego zdychania jak rok temu nie zdzierżę! Kiedy dzieci i ja chorujemy jednocześnie, to już jest apokalipsa do potęgi... Pomysł podawania witaminy C dożylnie odrzuciłam w przedbiegach, chociaż musisz wiedzieć, że w chwilach rozpaczy rozważałam taką opcję ;) Stwierdziłam łaskawie, że oszczędzę rodzinie takich atrakcji i zastosuję metodę tradycyjną- dopaszczową.

W ogrodzie naszym rośnie taki krzaczor-cudo.


Pigwa się nazywa. Albo pigwowiec... Nigdy nie wiem czym się różni jedno od drugiego. A może niczym się nie różni? Nie wiem. Sprawdzę i napiszę ;) Tak czy siak rośnie nam całkiem pokaźnych rozmiarów krzaczysko, które co roku rodzi piękne okrągłe owoce wyglądem przypominające skrzyżowanie gruszki z jabłkiem, a smakiem nie przypomina dosłownie nic. No jest paskudne co to dużo mówić... Kwaśne jak cytryna razy sto, a twarde jakbyś cegłę żuła. Nie żebym kiedyś żuła cegłę, ale myślę, że właśnie tak by to cudo smakowało. Pigwa jedzona solo jest nie do przejścia, ale już w postaci dżemów, soków czy nalewek jest pyszna.

Pyszna i zdrowa trzeba dodać.


Czy wiesz, że owoce pigwy obok wody (83 proc.) zawierają węglowodany, białka i tłuszcz oraz bogactwo składników mineralnych: magnez, fosfor, wapń, potas, żelazo, miedź, siarkę? Znajdziesz w nich także cukry (fruktoze i glukozę) oraz kwasy organiczne, garbniki, flawonoidy, antocyjany, karotenoidy, śluzy i pektyny (owoce pigwy mają największą zawartość pektyn ze wszystkich owoców). I co dla mnie w tym momencie liczy się najbardziej- owoce pigwy to bogactwo prowitaminy A, witamin z grupy B oraz witaminy C. Całe morze witaminy C. O wiele więcej niż w cytrynie. Pigwa poprawia odporność organizmu i wykazuje silne działanie przeciwzapalne. Jest polecana jako środek prewencyjny, jak i jako lek już w trakcie choroby. Dobrze brzmi, prawda?
 Tyle teoria. Tylko teraz jak w praktyce przygotować owoce pigwy w taki sposób, aby nie wykręcało twarzy na drugą stronę w trakcie spożywania?

Opowiem Ci teraz jak robię to ja.

SPOSÓB NR 1- herbata

Najprostszy. Owoce pigwy porządnie myję, kroję w plasterki lub w kostkę i dodaję do gorącej herbaty. Do Earl Greya najchętniej, bo najbardziej lubię, ale każda inna czarna herbata się nada. Jeśli do takiej herbatki dorzucisz łyżeczkę miodu, to już w ogóle masz czaj bogów- tylko pamiętaj, żeby nie dodawać miodu do gorącej herbaty, bo straci on swoje zdrowotne właściwości.



SPOSÓB NR 2- konfitura 

Możesz dodawać ją do herbaty (łyżeczka na filiżankę) lub do mięs i serów. Konfiturę przyrządza się z umytych i wypestkowanych owoców. Najlepiej pokroić je w kostkę, w dużym rondlu dusić z dodatkiem cukru (na 1 kg owoców ok. 0,75 kg cukru) i litra wody. Można dodać imbir, goździki, cynamon, ale niekoniecznie. Gdy owoce zmiękną, miksuj je na w miarę gładką masę i dalej praż, mieszając, by woda wyparowała. Gorącą masę przełóż do małych, dopiero co wyparzonych słoiczków, zakręć wyparzonymi zakrętkami i zostaw do ostygnięcia, stawiając je do góry dnem.


SPOSÓB NR 3- sok

Zasyp umyte, wypestkowane i pokrojone drobno owoce cukrem (na 1 kg owoców ok. 0,75 kg cukru). Słój przykryty gazą odstaw w ciepłe miejsce na tydzień-dwa, co jakiś czas lekko potrząsaj naczyniem. Sok zlej do wyparzonych butelek, zakręć i wstaw do gorącej kąpieli (temp. 80-90 st. C) na 10 minut w celu wypasteryzowania.
 


SPOSÓB NR 4- nalewka
Umyte, wypestkowane, pokrojone w plastry owoce zasyp cukrem tak jak przy robieniu soku. Później Należy zalej wódką zmieszaną ze spirytusem (1:1) i odstaw na dwa tygodnie. Po tym czasie płyn zlej, filtrując przez gazę. Lubię doprawić miodem, imbirem i goździkami, chociaż saute też jest pyszne. Naparstek takiej naleweczki, kiedy czujesz, że bierze Cię przeziębienie i do łóżka. Rano będziesz jak nowo narodzona ;)



SPOSÓB NR 5- galaretka
Pigwę umyj, pokrój na cząstki, zalej zimną wodą, tak by lekko przykryła owoce. Powoli gotuj około 30 minut, aż otrzymasz wywar (pigwa nie może się rozpadać). Owoce odcedź i na każdy 1 litr wywaru dodaj 1/2 kg cukru. Wymieszaj i gotuj, aż syrop zgęstnieje i nabierze koloru od żółtego do łososiowo- różowego. Gorący płyn przełóż do słoiczków i zakręć. Z owoców możesz zrobić dżem. Galaretkę przechowuj w ciemnym i chłodnym miejscu maksymalnie przez 2 lata.


Jedz i na zdrowie niech Ci wyjdzie ;)

...........


Zapraszam na blog konfabula.pl, gdzie dzisiaj wymądrzam się gościnnie ;)

czwartek, 14 września 2017

fall in love with Fall.

Pół biedy, jeśli świeci słońce, jest ciepło i kolorowo. Wtedy grube rajstopy i zamszowe kozaczki doskonale komponują się z musztardową beretką na mojej głowie. Kolorystycznie wtapiam się idealnie w tło namalowane z rozmachem przez naszą piękną polską jesień. Dziarsko pcham przed sobą wózek z Małą, idę przez kolorowy pachnący wilgotnym mchem i grzybami las, szuram nogami w suchych liściach i gapię się rozanielona na pierwsze dymy z kominów majaczące gdzieś ponad koronami drzew. Wtedy jest pięknie i myślę sobie, że w zasadzie to ja uwielbiam tą całą jesień. I co w ogóle wszystkim chodzi, że tak smęcą i marudzą za latem, upałami i popołudniami nad jeziorem. Jesień jest super!

A potem przychodzi dzień taki jak dzisiaj. Cała seria podobnych do siebie szaro-burych dni, kiedy deszcz zacina od rana do wieczora i nie można wystawić nawet nosa zza drzwi, bo wiatr tak daje, ale TAK DAJE, TAK DIABELNIE DAJE, że mam wrażenie, iż odlecę w kosmos razem z tymi otwartymi drzwiami. To nie tak, że nie lubię deszczu i tego całego klimatu jesiennego. Lubię, ba! wręcz kocham, bo nie ma dla mnie nic przyjemniejszego niż wieczór z książką/ filmem, zapaloną świecą o zapachu pomarańczy, kocem na stopach i deszczem głośno walącym w okna. Wiele razy pisałam o tym, że to jest dla najbardziej cosy chwila ze wszystkich. Ale.

Jeśli leje, wieje i unieruchamia mnie w domu z nadaktywnymi dzieciorami na dłużej niż kilka dni, to szlag mnie jasny trafia. Dzisiaj trafił. Tak trafił, że aż sama siebie się wystraszyłam i stwierdziłam, że hola hola, kobieto, toż to połowa września dopiero. Jesień ma to do siebie, że bajkowo kolorowe dni przeplatają się z paskudnie wietrznymi, deszczowymi, kiedy to jedyne na co mam ochotę, to sen. Tak więc w ramach dostrzegania piękna w każdym dniu i cieszenia się chwilą, by nie obudzić się w marcu starą, marudną, zrzędliwą babą, zaordynowałam sobie takie ćwiczenie. Proste jak budowa cepa. Polega ono na wygenerowaniu jak najbogatszej listy wszystkich rzeczy, za które lubię jesień.


Tak więc pragnę ogłosić, że jesień lubię za:

- jabłka pod kruszonką i szarlotkę z bitą śmietaną
- jabłka pieczone z cynamonem
- jabłka w cieście
- placuszki jabłkowe
- jabłka generalnie
- musztardową beretkę
- mitenki w norweskie wzory
- trencze
- kalosze
- leczo
- gorące herbatki z sokiem malinowym
- wieczory pod kocem
- świece o zapachu pomarańczy i wanilii
- cynamonowy peeling do ciała
- ciasto śliwkowe z kokosową kruszonką
- dynie
- kolorowe liście i szuranie w nich
- bajeczne sesje zdjęciowe w stertach opadłych liści
- pierwszy dym z komina
- poranne mgły gęste jak mleko
- ciepłe kolorowe skarpety
- dziergane pledy
- grzyby
- wielkie jesienne torbiszcza
- gruszki zapiekane z czekoladowym kremem
- grube kardigany
- wieczory filmowe
- jeża, który co roku zimuje pod naszym orzechem
- cotton balls
- ludziki z kasztanów i żołędzi
- chusty w kratę wielkie jak koc
- ogniska i pieczone w nich ziemniaki
- zapach mokrego lasu
- parasole z drewnianą rączką
- radość moich dzieci, kiedy taplają się w kałużach
- dyniowe muffinki
- ciasto orzechowe
- herbatę z pigwą
- grube kolorowe rajstopy
- poranną kawę pitą w samotności
- seksowne kozaczki za kolano
- spódnice w kratę
- ciepło kołdry, kiedy kładę się do łóżka zmarznięta
- czerwone nosy moich dzieci po spacerze
-  soboty z planszówkami, bo jest za wietrznie, żeby wyjść
- nalewkę z aronii
- kakao z piankami
- suszone figi z tahini
- flanelowe piżamy w szkocką kratę
- gorący rosół po spacerze
- woski zapachowe

Całkiem sporo tych przyjemności :) A czy Ty dopisałabyś coś do mojej listy?










*  powyższe zdjęcia- pinterest.com & jeshoots
** jeśli ktoś wie, gdzie mogę kupić taki sam pomarańczowy kubek, jaki widnieje na przedostatnim zdjęciu, będę zobowiązana ;) zwariowałam na jego punkcie ;)


...




poniedziałek, 11 września 2017

szufladki, szufladki.

 Coraz ciaśniej i coraz duszniej mi się robi ostatnio. Jakby powietrze wokół mnie z każdym dniem zagęszczało się z prędkością światła i przelewało się powoli jak skondensowane mleczko z puszki. Gdzie nie pójdę, czego nie zrobię i czego nie powiem, próbują mnie capnąć. Dopaść próbują  i zamknąć na wieki wieków. Czuję te ich wyciągnięte po mnie łapy, słyszę świszczące oddechy na plecach i jedyne na co mam ochotę, to zatrzymać się i wziąć głęboki oddech. A potem siekierą- dobrze naostrzoną, żeby nie było- rozwalić tą całą chorą szuflandię wokół mnie. 

Żyjemy w świecie pełnym szufladek. Kiedyś zupełnie tego nie dostrzegałam, teraz mocno mnie to uwiera. A Ty to zauważyłaś? Bo mnie uderza ten fakt coraz częściej i coraz intensywniej. Wszędzie, gdzie się nie obejrzę, widzę szufladki. Dużo szufladek. Całą masę wielkich szuflad i ogrom maleńkich szufladeczek. Widzę maciupkie dopiero co stworzone szufladusie i pierdyliard pomysłów na nowe szufladudusie. Mniejsze, większe, kolorowe lub całkiem czarne, wypełnione po brzegi lub tylko do połowy, a niektóre zapełnione zaledwie w niewielkiej części. Szufladki, w których znaleźć się to prawdziwa nobilitacja i awans społeczny połączony z dzikim uwielbieniem tłumów, oraz szuflady- kule u nogi, do których dać się wtłoczyć nikt nigdy by nie chciał, bo wygrzebać się z nich  graniczy z cudem. Szuflady jak wyroki napisane na czole. Szuflady niosące ze sobą ból i odrzucenie. 


Niezależnie od tego, jakiej są wielkości i w jakie ramy nas wpychają, łączy je jedno- każda z nich ma na sobie napis. Tytuł. Metkę. Etykietkę. Jak zwał, tak zwał, wiadomo o co się rozchodzi. I co najśmieszniejsze i najbardziej absurdalne w tym wszystkim- ludzie sami pchają się do tych szufladek. Pchają się i z rozkoszą wpychają tam innych. Zupełnie jakby brali udział w wyścigu kto pierwszy zaszufladkuje siebie i całą swoją rodzinę, ten dostanie największą etykietkę na czoło! Największą i najbardziej oczojebną, walącą neonami jak szyld nocnego klubu go go, co by ją z daleka widać było. Człowiek bez etykietki nie istnieje. Człowiek bez etykietki jest nikim. Śmieciem i dziwadłem. Outsiderem i wyrzutkiem. Musisz być jakiś. Nieważne jaki, jakiś. Zrób z siebie totalnego kretyna, zbłaźń się jak ostatni debil, ale bądź jakiś. Zupełnie jak w popularnym programie rozrywkowym sprzed lat- nawet jeśli nie masz talentu do śpiewania, nawet jeśli nie czujesz muzyki, to nic to, jeśli jesteś jakiś. Kojarzycie co to był za program? Ten ;) 

Każdy szufladkuje każdego. Nawet ten, kto siedzi po uszy zakopany w najbrudniejszej, najciemniejszej i najbardziej zatłoczonej szufladzie, z radością zaszufladkuje tego, kto swojej szuflady jeszcze nie ma. Nasz świat kocha szufladkować. Wrzucać wszystkich do jednego wora. Nazywać rzeczy po imieniu. Niby tak kochamy oryginalność, a jeśli ktoś lub coś wymyka się schematom, jest dziwny. Jest stuknięty i zboczony. I niebezpieczny też na pewno. I ogólny ostracyzm mu się należy, ot co. Mamy więc szufladę dziwaków, zboczeńców, smutasów i idiotów. Mamy szufladę kujonów, nudziarzy, kiboli i głupich blondynek. Mamy szufladę matek-polek-męczennic, wyzwolonych seksualnie singielek i egoistycznych jedynaków. Mamy szufladę materialistów, minimalistów, ekologów i szafiarek. Mądrych i głupich. Skinów i metalowców.


Ja bym chciała w tym miejscu, proszę ja Ciebie, ogłosić niniejszym co następuje: wad mam w cholerę i trochę. No. Taki coming out uczyniłam. Niecierpliwa jestem okropnie i nosi mnie, jak muszę na coś dłużej poczekać, a bardzo mi na tym czymś zależy. Wszystko bym chciała na już, na teraz, na wczoraj najlepiej. Szybko tracę cierpliwość- chociaż czy można stracić coś, czego się nie ma?- i drę tą twarz o byle co, a potem się wstydzę okrutnie, że taka stara i taka głupia, i wyję do poduszki, bo znowu powiedziałam trzy słowa za dużo. A przecież wcale tak nie myślałam, wcale! Kurwą rzucam zdecydowanie zbyt często i zupełnie nie wychodzi mi to całe zen i hygge, o którym tyle czytam i też bym tak chciała. Być boginką domowego ogniska bym chciała. Ale na milion moich wad, tę jedną zaletę bardzo w sobie lubię i duma z tego jestem, bo musisz wiedzieć, że mocno tolerancyjna jestem. Niewiele jest rzeczy, których nie toleruję. 

Wychodzę z założenia, że każdy ma swoje życie i tak długo dopóki nie robi innym krzywdy, nic mi do tego jak żyje. Serio, nic mnie nie obchodzi kto robi co w łóżku, z kim i jak długo. Wisi mi kto jaki kolor włosów sobie zafundował i że pięćdziesiąty tatuaż na plecach sobie rąbnął. Mam gdzieś ile kolczyków zdobi jego ciało. Dynda mi centralnie ile zer na koncie sąsiada mego się znajduje i dlaczego z drugą żoną aktualnie się rozwodzi. Obchodzi mnie to wszystko tyle, co zeszłoroczny śnieg. A żyjta sobie, ludziska, jak chceta. Dlatego przed tymi szufladami tak się bronię i buntuję się przeciwko wszystkiemu, co próbuje gdziekolwiek mnie wtłoczyć. Hej, mam na imię Anika. 34 lata. Mama an pełen etat, rozwódka, w związku małżeńskim, cywilnym, więc nie jestem żoną, copywriterka, fotograf, minimalistka, materialistka, zbieram starocie, kocham wyrzucać niepotrzebne rzeczy, pracuję w domu, nie pracuję w biurze, zarabiam pisaniem, zarabiam robieniem zdjęć, nie zarabiam na etacie, słucham rocka, słucham Pentatonix. To kim ty właściwie jesteś????? - dzisiaj znowu usłyszałam- nijak nie można ciebie zakwalifikować!!! I dobrze- myślę sobie.

Tylko, cholera jasna, żeby nie wpaść teraz do szuflady z etykietą: nie lubię szuflad.

piątek, 8 września 2017

w dzień Jego 40. urodzin.


O 6 rano w dzień Jego 40. urodzin padał deszcz. Usłyszałam ciężki stukot deszczowych kropli uderzających o szyby. Nie obudziły mnie niestety pierwsze promienie wrześniowego złotego słońca, które tak lubię o tej porze roku. Obudził mnie miarowy szum wody spływającej z dachu na poszarzałą od długotrwałej ulewy trawę. Pierwszy raz od bardzo dawna nie usłyszałam budzika, a nawet gdybym usłyszała, to i tak udawałabym, że się zepsuł. Aby tylko poleżeć w ciepłej kołdrze kolejne 5 minut. I kolejne. I kolejne też.

O 6 rano w dzień jego 40. urodzin ciężkie chmury zasnuły całe niebo i przez dłuższą chwilę zastanawiałam się czy to jeszcze noc, czy już dzień. Naciągnęłam kołdrę pod sam nos i udawałam, że mnie nie ma. Zamknęłam oczy i wsłuchiwałam się w dźwięki dochodzące zza okna. Dźwięki, które naprawdę bardzo lubię, ale nie wtedy, kiedy jest 6 rano i kiedy wiem, że już jestem spóźniona. Kiedyś w taki właśnie poranek wyskoczyłabym z łóżka na chwil parę, tylko po to, żeby zaparzyć aromatyczną, gorącą kawę w największym kubku jaki mam, tym z myszką, i wróciłabym pod ciepłą kołdrę z książką. Zainstalowałabym się tak na kolejną godzinę lub dwie. A potem wstałabym, przeciągając się leniwie i zastanawiając się jaki żel pod prysznic wezmę ze sobą do łazienki tym razem. Pewnie wybrałabym pomarańczowy. Jak zwykle o tej porze roku.

O 6 rano w dzień jego 40. urodzin poranną kawę wypiłam w biegu, na stojąco, chociaż bardzo tego nie lubię. Zaspałam, więc czas na spokojne wypicie kawy rozpłynął się nie wiadomo kiedy i gdzie. Pomiędzy szykowaniem kanapek z żółtym serem na drugie śniadanie dla Starszej a zakładaniem skarpetki na dwuletnią fikającą stópkę (kto przeżył ten wie, że to nie jest takie proste), nastawiłam wodę na kawę dla Niego i pokroiłam chleb na grzanki. W tym czasie nasze córki w pokoju obok rysowały w wielkiej tajemnicy (która tajemnicą była tylko dla nich ;) ) urodzinowy obrazek dla Taty. To znaczy Starsza rysowała, a Małej wydawało się, że rysuje. Stawiała kropki i kreski, komentując pod nosem, że to tata. To najpiękniejszy tata na świecie jest- pomyślałam patrząc z czułością na zbiorowisko nieskładnych kropek i kresek. Nie wiem co te dzieciory ze mną robią, że kilka ruchów kredką potrafi wzruszyć mnie do łez.

A potem wyprawiłam Starszą do szkoły, odpowiadając przy okazji na sto tysięcy bardzo ważnych pytań, zapewniając, że nie, nie ma dzisiaj pogody na sandały i krótki rękaw i tak, herbata w termosie na odpowiednią temperaturę. Pomachałam na do widzenia, wzięłam Małą pod pachę i zaniosłam Mu te grzanki. Wraz z Małą, żeby pokokosiła się jeszcze z tatą, zanim ten pójdzie do roboty. Z cynamonem i czekoladą. To znaczy grzanki z tym cynamonem, nie Mała. Urodzinowo tak. Pomyślałam, że koniecznie muszę napisać o tym posta w wolnej chwili. O tym, jak ogarnąć rzeczywistość o 6 rano w ciągu 20 minut. Tylko, że to post poradnikowy powinien być, a ja zasadniczo kiepska w dawaniu porad jestem. Więc lepiej odpuszczę.

Później wyszło słońce. To złote, wrześniowe, które tak lubię. Kolory zagrały na drzewach, w kroplach deszczu na szybach pojawiła się tęcza. Sto miliardów mikroskopijnych tęcz. Kalejdoskop na mojej własnej kuchennej szybie. Zapachniało jesienią. Liśćmi i wilgotną ziemią. Zapach mokrego wrześniowego poranka wymieszał się z zapachem cynamonu, czekolady i kawy, która jakimś cudem nadal była ciepła i nadawała się do wypicia. Zapachniało domem, miłością i całkiem dobrym życiem. W dzień jego 40. urodzin rozmawialiśmy. Szybko i krótko, bo trzeba do pracy, bo Mała właśnie próbuje się zabić, startując z parapetu w dół na główkę. W biegu, ale rozmawialiśmy. O tym, że pieniędzy mogłoby być więcej i problemów mniej, czasu więcej i chwili oddechu, ale dobrze jest jak jest w zasadzie.

Nie udało mi się zorganizować żadnej ekscytującej niespodzianki w okazji Jego 40-stych urodzin, mimo że chciałam. Zamiast Tajlandii był deszcz o 6 rano. Zamiast strzelającego szampana i dzikich tańców na stole, będzie tort orzechowy zjedzony z naszymi rodzicami i córkami. Wyspy Kanaryjskie będą musiały trochę zaczekać. Urocze toskańskie miasteczka jeszcze nas kiedyś zobaczą. Pojedziemy, pojedziemy, wszędzie tam pojedziemy. A póki co wystarczy na chwilę przestać się irytować i frustrować i oczy momentalnie otwierają się szerzej. Jak na chwilę przestaje się uparcie myśleć o tym, czego się nie ma, zamknie się zrzędzącą, skrzywioną twarz i rozejrzy uważnie dookoła, pooddycha się głęboko, to można dostrzec rzeczy tysiąc razy ważniejsze od Tajlandii.

Ja dzisiaj w dzień Jego 40. urodzin dostrzegłam Tatę w kilku kropkach i kreskach. Miłość w obrazku rysowanym o 6 rano. Miliony mikrotęcz na kuchennym oknie. Wszystkiego najlepszego w cynamonowych grzankach. Dzisiaj mam dla Niego tylko dwa życzenia. Żebyśmy byli zdrowi. I żeby ten deszcz o 6 rano w dzień Jego urodzin padał zawsze na nasz wspólny dach.


A na 50-tkę Tajlandia ;)




wtorek, 5 września 2017

wszystkiego jabłkowego, czyli 5 moich ulubionych jabłkowych przepisów

Wrzesień to jest taki specyficzny czas, kiedy lato jeszcze na dobre nie odeszło, a jesień jeszcze nie przyszła. Taka chwila zawieszenia pomiędzy jedną porą roku a drugą. Słońce jeszcze mocno przygrzewa, wieczór nie przychodzi jeszcze zbyt szybko, babie lato snuje się leniwie w powietrzu, ale wieczory są już naprawdę zimne i mają jesienny zapach wilgoci. Na ziemi leży coraz więcej liści, a te, które zostały na drzewach, powoli zmieniają kolor. Co roku obiecuję sobie, że złapię wreszcie ten moment, kiedy lato przechodzi w jesień. Zazwyczaj bywało tak, że budziłam się rano, otwierałam okno i ze zdziwieniem stwierdzałam, iż przyszła jesień! Mimo że jeszcze wczoraj lato trwało na całego... W tym roku mam oczy wyjątkowo szeroko otwarte, nos wyczulony jeszcze bardziej niż zwykle i dziwię się codziennie coraz mocniej, jak to wszystko szybko za oknem się zmienia.


Ale nie o jesieni miało dziś być... Miało być o tym, co najbardziej, tak najmocniej z wrześniem mi się kojarzy. Nie wiem dlaczego z wielu wspomnień to jedno jest tak żywe. Mam może 7 lat. Jest wczesna, słoneczna jesień. Czuję ciepło na twarzy, a wiatr przyjemnie rozwiewa moje włosy. Jeżdżę na rowerze wokół drzew, kręcę pętelki dookoła krzaków porzeczek i czuję ten zapach, który od tamtej chwili towarzyszy mi każdej jesieni. Potrafię dzisiaj zamknąć oczy i przypomnieć sobie tę chwilę, ten zapach zupełnie jakby to było wczoraj. Zapach jabłoni krótko po deszczu. Byłaś kiedyś w sadzie jabłkowym krótko po ulewie? Zapach jabłek jest wtedy tak intensywny, że aż kręci Ci się w głowie.


Mam wiele wspomnień wartych zapamiętania, ale to jedno wbiło się we mnie wyjątkowo mocno. I ten zapach niosę ze sobą przez całe moje dorosłe życie. Jabłka nierozerwalnie kojarzą mi się z jesienią. Tylko jesienią takie są; pachnące, wielkie, rumiane, słodkie i soczyste. Trochę ostatnio niedoceniane mam wrażenie, trochę zapomniane, a przecież tyle dobroci można z nich wyczarować. Aspekty zdrowotne to jedno i nie będę o nich mówić, bo to oczywista sprawa, ale o tym jak pysznie jabłka smakują o tej porze roku właśnie i jak uniwersalnymi owocami są, trochę Ci poopowiadam :)




Ja najbardziej lubię je w wersji tradycyjnej szarlotki, koniecznie z warstwą ciasta na górze, pieczonej w okrągłej tartowej formie.

Potrzebujesz:

Na ciasto kruche:

450g mąki tortowej

6 łyżek cukru pudru

szczypta soli

200 g masła, zimnego

90 g smalcu, zimnego

ok. 3 - 4 łyżki zimnej wody

Na nadzienie:

2kg jabłek np. szara reneta

2 łyżeczki cynamonu

pół szklanki brązowego cukru

op. cukru waniliowego

Zrób tak:

Przygotuj tortownicę o śr. 27cm. Mąkę przesiej do miski, dodaj cukier, sól, masło i smalec. Miksuj mikserem aż powstaną okruszki ciasta. Dodaj wodę i złącz wszystkie okruszki w jedną kulę. Rozpłaszcz na placem, zawiń w folię i włóż do lodówki na min.30 minut. Ciasto podziel na 2 części. Pierwszą rozwałkuj na placek większy niż średnica formy. Ciastem wyłóż spód i boki formy.

Jabłka obierz, pokrój na ćwiartki. Dodaj cukier, cynamon, cukier waniliowy, wymieszaj. Czujesz jak pachnie? :) Drugą część ciasta rozwałkuj na placek o wymiarach formy. Jabłka wyłóż na spód z ciasta, przykryj rozwałkowanym ciastem, dociśnij brzegi. Nożem przebij ciasto w kilku miejscach. Piecz ok.70 minut w 190 stopniach. My lubimy szarlotkę z lodami śmietankowymi ale z bitą śmietaną też daje radę ;)



Jabłka pod owsianą kruszonką oraz jabłkowe racuchy na cydrze to desery, które pamiętam z najwcześniejszego dzieciństwa. Na jakiś czas o nich zapomniałam i dopiero niedawno, przeglądając zeszyt z przepisami mojej babci, przypomniało mi się, jak pyszne były.

Jabłka pod kruszonką to najprostszy deser na świecie.

Potrzebujesz:

jabłek (w moim domu panuje zasada- im więcej, tym lepiej;) )

kostki dobrego masła

pół szklanki brązowego cukru

pół szklanki płatków owsianych

cukier waniliowy

cynamon


Zrób tak:

Jabłka umyj, obierz i pokrój w grubą kostkę. Naczynie żaroodporne wysmaruj masłem, wysyp jabłka, oprósz cynamonem. Przygotuj kruszonkę- masło zagnieć z cukrem, cukrem waniliowym, mąką i płatkami owsianymi. Kruszonką przykryj jabłka. Wstaw do piekarnika na 20 minut. Podawaj ze śmietaną- wierz mi, tak smakuje najlepiej :)




Z cydrowymi racuszkami będzie jeszcze mniej pracy :)

To jest porcja na całą naszą 4-osobową rodzinę.

Potrzebujesz:

szklanka mleka

szklanka cydru

pół kg mąki

4 jajka

łyżeczka sody

2 łyżeczki cynamonu

łyżeczka kardamonu

łyżeczka mielonych goździków

3 duże jabłka utarte na tarce z grubymi oczkami


Zrób tak:

Najprościej rzecz ujmując zmiksuj wszystko razem, ale nie uchodzi tak napisać, więc po kolei- jajka zmiksuj z mlekiem i cydrem, dodaj mąkę, sodę, cynamon, kardamon, goździki oraz utarte jabłka :)

Placuszki powinny wyjść dość gęste. Jeśli nie są, dodaj jeszcze mąkę. Smaż z obu stron na złoto. Pyszne są z miodem lub syropem klonowym. Ja lubię saute :)



Na jesienne śniadanie nic nie smakuje lepiej niż puszysty jabłkowy omlet z domowym musem jagodowym.

Porcja na 1 omlet.

Potrzebujesz:

1 jajko

1 jabłko

łyżeczkę cukru

trochę cynamonu


Zrób tak:

Białko oddziel od żółta i ubij na sztywno z cukrem i cynamonem. Dodaj żółtko i utarte na tarce o grubych oczkach jabłko. Delikatnie wymieszaj. Ciasto wyda Ci się płynne, ale takie ma być. Na patelni pięknie zgęstnieje. Usmaż z obu stron na złoty kolor. Ja lubię z jagodami, ale właściwie można podać z czym się tylko chce. Zet preferuje wersję z nutellą, ale kto nie preferuje, hę? ;)




Pieczone jabłka.  Niby nic takiego, a w ciągu dwóch minut dom wypełnia się jabłkowym aromatem z dodatkiem cynamonu i cukru waniliowego... Aromaterapia dla duszy i ciała na długie jesienne ciemne wieczory :)

Potrzebujesz:

Jabłka (ile tam jesteś w stanie zjeść, ja zazwyczaj wciągam dwa duże)
i dodatki, którymi nafaszerujesz jabłko, np. cynamon, cukier waniliowy, cukier trzcinowy, miód, masło orzechowe, orzechy itd.

Zrób tak:

Jabłko wydrąż od góry- znaczy się ten ogonek z okolicami wytnij i zrób dziurkę- ju noł łot aj min ;) W tę dziurkę nawpychaj to na co masz aktualnie ochotę- połączenie masła orzechowego z jabłkiem to w tym momencie mój ulubiony duet. Tahini też daje radę. Piecz ok.20 min. Jedz ze smakiem, tylko poczekaj aż trochę wystygnie, bo poparzysz język. :)


Wszystkiego jabłkowego :) Smacznego :)







sobota, 2 września 2017

napisałabym, że...

Nikt o tym nie wie, patrząc na mnie, kiedy idę z córkami na spacer, kiedy stoję w kolejce w warzywniaku, kiedy podpisuję polecony u listonosza... Nikt o tym nie wie, że pisze mi się w głowie nieustannie. Żeby tak mieć więcej czasu na to wszystko- marzę...

Na napisanie tego wszystkiego co napisać by się chciało, co to tłucze mi się po głowie zawsze wtedy, kiedy pisanie jest ostatnią rzeczą, na jaką mam czas. Kiedy w zlewie stos brudnych naczyń mnie woła, kiedy spłukuję szampon z głowy pod prysznicem, kiedy mieszam sos wesoło bulgoczący na piecu, a najbardziej wtedy, kiedy czytam Małej jak to dziadek rzepkę ciągnął i jak to biedny nie mógł, no nie mógł, a tak się starał tę rzepkę wyciągnąć (i wtedy Mała tak śmiesznie rączki rozkłada, no bo ten dziadek tak się starał i nie dał rady). Wtedy zawsze tłucze mi się po głowie zdanie, kilka zdań, całe stronice, które potem uciekają i już nie chcą wrócić, mimo że siedzę nocą, sama, wsłuchuję się w spokojnie oddechy dziewczyn, mam czas i przywołuję te myśli i zaklinam i próbuję sobie przypomnieć, ale one nie przychodzą. Obrażone są chyba, że pozwoliłam im uciec. Nie dziwię się. Też bym była.

Gdybym miała czas.... napisałabym Ci jak dobrze jest siedzieć w domu, kiedy za oknem leje już trzeci dzień. W czwartek zaczęło padać i pada do tej chwili. Boję się, że znowu nas zaleje, odetnie od świata na tym naszym wygnanowie jak dwa lata temu, kiedy mąż do domu przez sąsiednie wsie musiał wracać z puszką mleka dla malutkiej wtedy Małej. Napisałabym Ci jak lubię patrzeć na niezliczoną ilość maciupeńkich kropel deszczu tańczących nad drzewami, odbijających się od szyb kuchennych jak miniaturowe piłeczki pingpongowe, sprawiające wrażenie, jakby padały z każdej strony, z góry, z dołu, z boków, tańczących na wietrze w tę i z powrotem, jakby w nosie miały grawitację. Napisałabym Ci jak dobrze smakuje gorąca herbata z domowym sokiem malinowym trzymana w zimnej dłoni, jak dobrze smakuje to ciepło, w którym ogrzewam serce, kiedy za oknem te krople szaleją, ten wiatr huczy, ta mgła gęsta jak mleko taka, że nie widzę sąsiedniego domu.

Napisałabym Ci, jak lubię słuchać deszczu, kiedy w środku nocy cały dom śpi, a ja na siłę próbuję nie spać, mimo okrutnego zmęczenia i otwieram te oczy szerzej i szerzej, żeby tylko nie zasnąć, naciągam kołdrę pod same uszy i słucham jak krople walą w dach, w szyby, jak wiatr szaleje w koronach drzew w ogrodzie  i jak uwielbiam słuchać tego wszystkiego nocą właśnie, sama, w ciemnościach. Napisałabym Ci jak błogo smakuje poranek po takiej nocy, kiedy wstaję przed wszystkimi i człapię do kuchni z jednym okiem otwartym, i ciepło ognia, i gwizd czajnika, i ta kawa parująca, i ten pierwszy łyk, który momentalnie stawia mnie na nogi. I latarnie za oknem gasną, mgła powoli opada, sąsiad do pracy wczesnym rankiem na rowerze jedzie. I macha do mnie, a ja się wstydzę, bo w szlafroku w tym oknie stoję, z tą kawą pachnącą, i też mu macham. Uśmiecha się do mnie, jakby codziennie rano kobiety w różowych szlafrokach o 5.30 rano machały do niego z kuchennych okien.

Napisałabym Ci jak kocham chwile, kiedy Starsza schodzi z pięterka zaspana, bosa, ciepła i pachnąca snem jeszcze; jak Mała budzi się i pierwsze co woła to mniam, mniam, bo wie, że dziadek zaraz przyjdzie ze świeżymi rogalikami dla niej specjalnie. O 6 rano wstał i przez tę mgłę ze złotówkami na rogaliki odliczonymi się przebijał, żeby miała swoje mniam mniam rano, zaraz po przebudzeniu. Napisałabym Ci jak kocham je obie takie zaspane, w piżamkach ubrudzonych dżemem i kakao, z łapkami od masła świecącymi i jak myślę sobie, że ta miłość do nich to taka granica, której nie da się już chyba przekroczyć, no bo jak? Napisałabym Ci, jak dziwię się codziennie wciąż i od nowa, jak to jest, że rodzi się drugie i tej miłości tyle nagle się pojawia, skąd jej tyle- nie wiem, zupełnie jakby wraz z dzieckiem na świat cały dodatkowy pakiet przychodził w bonusie. Tych uczuć tyle, że trudno ogarnąć, tych wzruszeń, cierpliwości, oddania, siły.

Napisałabym Ci, jak bardzo bałam się, że nie będę potrafiła pokochać drugiej, tak jak kocham pierwszą, że jak to, nie da się przecież, to niewykonalne. Układałam w głowie plan, żeby tej drugiej nie skrzywdzić, kiedy okaże się, że pierwszą kocham jednak bardziej, że drugiej już nie umiem tak do szaleństwa. Napisałabym Ci, że byłam głupia, pomyliłam się po raz kolejny w życiu, tyle już razy się myliłam, że powinnam się przyzwyczaić. Bo rodzi się drugie i dzieje się magia, wszystkiego jest w bród, tej miłości jest w bród i to tajemnica. Największa z możliwych. Napisałabym Ci, że te chwile, kiedy pierwsza do drugiej się nachyla, a taka wielka mi się przy malutkiej wydaje, chociaż jeszcze dwa lata temu ta pierwsza taka mała dla mnie była, i mówi do niej "nie bój się niczego, ja zawsze będę przy tobie", to moja nagroda, obietnica dobrego jutra i marzenie spełnione.

Napisałabym Ci, ale nie mam czasu.



środa, 30 sierpnia 2017

mam 34 lata! i 34 absolutnie fantastyczne rzeczy, które zrobię do kolejnych urodzin.

Kiedyś myślałam, że kobieta kończy się wraz z trzydziestymi urodzinami. Dzisiaj umieram ze śmiechu, jak sobie o tym przypomnę. Serio. Jeśli Ty, i Ty, i Ty też boisz się tej magicznej granicy, tego przejścia na drugą stronę mocy, to przestań w tej chwili. To jest totalnie bez sensu. Nie chciałabym mieć znowu dwudziestu lat i nie mówię tego po to, żeby uspokoić samą siebie, że te zmarszczki pod oczami to nic takiego. Nigdy nie było mi ze sobą tak dobrze jak teraz. Nigdy nie czułam się bardziej kobieca, nigdy nie miałam tylu pomysłów, planów i energii do ich realizacji. I nigdy jeszcze nie byłam tak dobre dla siebie. Dobrze jest mieć 34 lata. Sto lat! Dla mnie ode mnie. :) W ramach prezentu urodzinowego na 34. urodziny przygotowałam listę 34 absolutnie fantastycznych rzeczy, które zrobię do kolejnych urodzin. I postanowiłam się nią z Tobą podzielić. Ku inspiracji! (poza tym trudniej będzie mi zrezygnować z któregoś punktu, jeśli napiszę to publicznie ;) ). To jedziemy...


34 absolutnie fantastyczne rzeczy, które zrobię do 35. urodzin (kolejność przypadkowa).


1. Kupię sobie wrotki, takie mocno retro, i nauczę się na nich jeździć. A potem zabiorę się z córką na lokalny skatepark. Serio, serio.
2. Przeczytam jeszcze raz wszystkie książki o Ani z Zielonego Wzgórza.
3. Obejrzę jeszcze raz wszystkie części Hobbita i Władcy Pierścieni.
4. Nauczę się wreszcie pływać, na litość Boską!
5. Pójdę na studia, na te na które bardzo chcę iść, na te na które zawsze szkoda było kasy i brakowało na nie czasu.
6. Zrobię sobie na drutach ciepły sweter.
7. Pójdę z córkami do lasu i nazbieramy cały koszyk kasztanów i żołędzi, a potem zrobimy cały zastęp jesiennych ludzików. Dokładnie takich samych, jakie robiła mi moja Babcia.
8. Nauczę się przyrządzać dynię tak, żeby wreszcie mi posmakowała.
9. Przebadam się dokładnie i nie będę miała wymówek, że po co mi to.
10. Wydrążę dynię i zorganizuję najlepsze przyjęcie halołinowe w okolicy. A niech gadają, że bezbożnicy.
11. Doszlifuję język angielski na perfekt. Tak, że myślenie w tym języku to będzie pikuś.
12. Zacznę uczyć się mojego ukochanego francuskiego. Chociaż 15 minut dziennie na początek.
13. Skończę z dobrymi wynikami kurs fotografii, który właśnie trwa.
14. Zacznę w końcu zarabiać jakieś porządne pieniądze na robieniu zdjęć.
15. Urządzę sobie maraton filmowy z butelką wina i pachnącymi świeczkami i obejrzę wszystkie filmy z tego wpisu.
16. Urządzę ognisko i będę jadła pieczone ziemniaki z masłem i koperkiem.
17. Zrobię córkom jesienne klimatyczne zdjęcia w liściach.
18. Spojrzę na jesień jak na dobrego przyjaciela, który niesie ze sobą całą masę dobroci i nie dam się chandrze.
19. Pójdę na samotny seans do kina, a potem napiję się kawy w kawiarni przy rynku, poczytam albo popatrzę na ludzi. I nikt niczego nie będzie ode mnie chciał.
20. Pojadę z mężem na romantyczny weekend tylko we dwoje.
21. Obejrzę wszystkie bożonarodzeniowe filmy i przeczytam wszystkie świąteczne książki jakie wpadną w ręce.
22. Będę częściej nosiła sukienki
23. i buty na obcasie.
24. Zrobię gruntowne porządki w garderobie i wyrzucę wszystko co do mnie nie pasuje i w zamian...
25. ...zbuduję idealną klasyczną szafę pełną dobrych gatunkowo, pasujących do siebie rzeczy.
26. Pozbędę się pstrokatych cieni do powiek i zielonych lakierów do paznokci, w których czuję się (i wyglądam) jak przekupa z targu i za to...
27. ...kupię tylko kilka kosmetyków do makijażu, ale za to dobrych i uniwersalnych.
28. Zrobię sobie prezent i kupię coś, co jest zupełnie niepraktyczne, ale za to marzę o tym od dawna.
29. Będę regularnie ćwiczyć jogę, a nie jak mi się przypomni.
30. Spędzę noc z rodziną pod namiotem.
31. Zapiszę się na warsztaty Agnieszki Maciąg.
32. Kupię krzesełko do roweru i zabiorę Małą na długą wycieczkę po okolicy.
33. Odezwę się do starej przyjaciółki, z którą nie mam kontaktu od wielu lat, i powiem "przepraszam, to była moja wina".
34. Zabiorę starszą na babski dzień, na lody i manicure, a potem pogadamy jak to właściwie jest z tymi chłopakami.
35. Przestanę przejmować się tym co ludzie powiedzą i pokażę na blogu swoją twarz :)


I przede wszystkim... nie będę się ograniczać żadnymi listami. Niech się dzieje! :)

...



Za piękne urodzinowe bransoletki dziękuję firmie By Dziubeka. Już za kilka dni na blogowym fb będę miała do rozdania dwie dokładnie takie same bransoletki. Bo niby dlaczego tylko ja mam dostawać prezenty z okazji moich urodzin, hę? :) Stay tuned, howgh!


poniedziałek, 28 sierpnia 2017

sierpniowe stop klatki.



Biorę udział w konkursie fotograficznym. Będzie mi bardzo miło, jeśli oddasz na mnie głos :) Tutaj: KLIK. 

p.s. Pojawiło się tutaj w komentarzach i na FB kilka pytań o niebieski kubeczek ze zdjęcia. Więc spieszę z wyjaśnieniami, że nijak go kupić się nie da, bo wyszperany został na targu staroci. Z wieloma moimi rzeczami tak jest, że są nie do kupienia, bo gdzieś tam wypatrzyłam pojedyncze sztuki. Także tego... marny ze mnie influencer ;)