niedziela, 15 kwietnia 2018

niedzielna definicja szczęścia.

Niedziela. Kwiecień. Wyjątkowo piękny kwiecień trzeba dodać, co po długiej, ciągnącej się jak guma w za dużych gaciach zimie, jest wręcz wybawieniem. Jako że dzisiaj ta niedziela jest, wszystkie budziki w telefonach poszły się... bujać, a my budziliśmy się powoli i leniwie. Są czasami w życiu matki takie niedziele (rzadko, niezwykle rzadko, ale może dlatego są warte zapamiętania), kiedy dzieciory śpią do 8.30 i dzisiaj właśnie jest taka niedziela... więc wstaliśmy dopiero po kilku długich rundkach dosypiania (jeszcze tylko 3 minutki, proszę, dziecko, zamknij oczy, aaa kotki dwa...), po kilkunastu głośnych ziewnięciach oraz kocich przeciągnięciach.


Słońce przebija się nawet przez zaciągnięte grube zasłony, waląc po oczach jak głupie. Zupełnie mnie to nie wkurza, zupełnie. Wręcz przeciwnie. Myślę sobie: nareszcie, uff. Tak to ja mogę wstawać. Uwielbiam te pierwsze ciepłe poranki, ten kontrast pomiędzy tym, co budziło mnie jeszcze kilka tygodni temu. Przez lekko uchylone w pokoju Starszej okno sączy się umiarkowanie głośny, jednostajny, ale dość irytujący dźwięk kosiarki (sąsiad kosi. w niedzielę. o 9 rano. oszalał.) pomieszany z głośnym pipczeniem dochodzącym gdzieś spod naszego dachu. Znaczy się zmiana warty na jajkach. Znowu mamy lokatorów na gapę. Tak jak zeszłej wiosny. Otwieram na oścież wszystkie okna jakie mam w zasięgu, po drodze dostając opieprz od pana męża, że przeciąg robię. Staję w otwartym oknie i wciągam głęboko powietrze do płuc. Zawrót głowy. Czad. Czy tam sztos jak to się teraz mówi (co ten sztos właściwie oznacza? niech mnie kto wyjaśni, wdzięczna będę). No odlot i ekstaza. Jednych kręci nowy Gucci, innych zapach wypastowanej podłogi, a mnie to kręci. Świeżo skoszona trawa, rozgrzana od porannego kwietniowego słońca ziemia i wilgoć, którą wyczuwa się tylko o tej porze roku. Najlepsze perfumy ever. Kto budził się kiedyś w ciepłą kwietniową niedzielę na wsi, ten wie.


W kuchni tłok. Jak zwykle. Każdy chce jeść. Im młodszy, tym bardziej głodny- taka dziwna zależność, zauważyłaś? Im młodszy, tym mniejszą posiada odporność na burczenie w brzuchu. Następuje poranny przegląd zaspanych oczu, poczochranych kudłów w różnych kolorach i ufajdanych od masła orzechowego piżamek. Oko Elzy na piżamce młodszej latorośli ma podejrzany ciemnobrązowy kolor. Czekolada? Skąd Ona wzięła czekoladę? Zajmę się tym później. Koncert mniejszych i większych ziewnięć przy akompaniamencie strzykania zardzewiałych po nocy kości. Zupełnie dla mnie niezrozumiały monolog wylewający się z małych 3-letnich ust. Stopięćdziesiątyósmy tego poranka foch o pierdołę Starszej. Dora krzycząca swoim irytującym piskliwym głosem z telewizora "łan, tu, tłi". Młodsza, która wyciąga do mnie oskarżycielsko tłusty paluszek, wrzeszcząc- Łabuś, nie kladnij!!!! (Łabuś tfu to znaczy Rabuś to taki psycho-lis-złodziej z bajki o Dorze- dla niewtajemniczonych). Lego frendsy walające się po całej podłodze podłodze. Kuźwa, znowu weszłam bosą stopą na to takie małe ostre... Boli jak diabli. Kto chociaż raz nie wlazł rano na klocek lego bosą stopą- ręka w górę! Ja Jemu klapsa w pupę, on mnie buziaka w szyję. Miziu miziu między karmieniem kota a wciskaniem kapcia na fajtającą małą stópkę. Buziak w przelocie, bo woda na kawę właśnie się zagotowała. Przypalona owsianka. Druga przypalona owsianka. Trzecia. Pieprzyć owsiankę. Dawaj maślane buły. Te wielkie takie, puchate. Mmmm jeszcze ciepłe, z piekarni za rogiem. Dziadek pobiegł po nie już o szóstej. Błyszczące od masła małe rączki. Tłuste od masła moje włosy (bo rączki postanowiły przytulić). Maślane ślady małych rączek na piekarniku... i na kuchence, i na uśmiechającej się do mnie Elzy z czekoladowym okiem. Czy tylko mnie się wydaje, że patrzy na mnie z szyderczym uśmieszkiem? Nevermind. Gorąca kawa razy dwa, poproszę. Dla Niego czarna, dla mnie z mlekiem. Kawa rozlana na podłodze. Razy dwa oczywiście. Cholera jasna, zachlapało ścianę. Zajmę się tym później. Dwie nowe gorące kawy. Parują i parzą w język, ale moje żyły dopominają się swojej dawki porannej kofeiny. Pierwszy łyk. Zaparowane okulary. Maślane bułeczki z różaną konfiturą. Dużo konfitury. Konfitura na czarnych jak smoła włosach Małej. Konfitura na nosie, w nosie i na pulchnych policzkach. Dużo bułeczek. Jeszcze więcej bułeczek. Chrzanić kalorie. Jest niedziela. Jest kwiecień. Świeci słońce. Później pójdziemy na rolki, się spali. 




Gdyby ktoś właśnie dzisiaj, w tę kwietniową niedzielę, zapytałby mnie co to jest szczęście, to opowiedziałabym mu o pewnym wyjątkowo słonecznym niedzielnym poranku, kiedy to dzieci pospały wyjątkowo długo. O rozlanych kawach, maśle rozsmarowanym po całej kuchni i o brudnej od czekolady (skąd Mała wzięła czekoladę w niedzielę rano??) Elzie. O zwęglonej na wiór owsiance,  o buziakach skradzionych w przelocie i o dzikim pipczeniu wróblowych rodziców. O powietrzu przesiąkniętym zapachem świeżo skoszonej trawy, o rosie, która o 9 rano skrzy się jeszcze na trawie przed domem i o sfochowanej buzi mojej zbuntowanej 11-latki. Celebrowanie codzienności w najdoskonalszej formie. Niby nic takiego. Niby zwyczajnie. A jednak. On, one dwie, kilka puchatych bułek, słoik konfitury, masło od baby z targu, parząca w języki kawa. Buziaki, tulasy, Dora i lego wbite w piętę. Cała reszta to już nadmiar.




Dobrej niedzieli!

sobota, 31 marca 2018

najpiękniejsze kadry marca.

Jaki był ten marzec? O taki właśnie...

Zima długo nie odpuszczała, a ja niecierpliwie wypatrywałam pierwszych przebiśniegów. Dla mnie nie nic piękniejszego niż białe malutkie kwiatki przebijające się przez warstwę śniegu. Życie zawsze zwycięża, prawda? Zawsze :)







Marzec to pierwsze tulipany, żonkile i krokusy. Czekam na nie cały rok. To nic, że na razie biedronkowe :) Już niedługo zakwitną na moich grządkach. 


Znowu zaczęło mi się chcieć. Wszystkiego. Rano wstawać, chodzić na spacery, fotografować i pisać. Marcowe poranki bywają naprawdę piękne, zwłaszcza kiedy uda się uchwycić moment topnienia ostatniego śniegu na trawie. 




Zauważyłam pierwsze małe listki na magnolii.


Rano budziły mnie promienie słońce, a nie ciemność.




Jadłam dobrze...


dużo...


i słodko.



Spędziłam długie godziny przy komputerze, realizując nowe projekty.


Pod koniec marca powróciły chłody i trzeba było na nowo wyjąć ciepłą czapę.


A dzisiaj... kolorowo :) Malujemy z dzieciakami jajka, robimy ostatnie dekorację i czekamy. Na Wielką Noc. :)







Cudowności na te święta Ci życzę Kochana :) Niech będzie rodzinnie, spokojnie i z uśmiechem na ustach. I niech prezenty od zajączka oraz smak domowego serniczka nie przysłonią tego, co najważniejsze.

niedziela, 18 marca 2018

słodka niedziela- najlepszy tofurnik kokosowy.

Niedziele z mojego dzieciństwa zawsze były przyjemnie przewidywalne. Kiedyś nie lubiłam tej przewidywalności, uważałam, że to nudne i obciachowe, ale dzisiaj doceniam każdą na maksa przewidywalną niedzielę. Pamiętam poranne wyprawy do kościoła i śmietankowe gałkowe lody w drodze powrotnej z jednej jedynej budki, której już od dawna nie ma. Potem był biały wykrochmalony obrus, biała koszula taty i moja granatowa sukienka w kratę. Był tradycyjny rosół z wielki pływającymi okami tłuszczu, schabowy z tłuczonymi ziemniakami i sernik mojej mamy na deser. Potem spacer nad jezioro i karmienie kaczek. Obowiązkowo. Kiedy żyła Babcia, takie niedziele to była oczywistość. Dzisiaj mam już swoją rodzinę i niedziele wyglądają już inaczej, ale sernik nadal być musi. No musi i koniec. W mojej czteroosobowej rodzinie, w której dwie osoby są zdecydowanie wege, a pozostałe dwie jedzą śladowe ilości mięsa, tradycyjny sernik raczej nie ma racji bytu. 



Do tofurnika podchodziłam jak pies do jeża, bo z tofu bardzo się nie lubimy. Nie ma smaku, zapachu ani przyjemnej konsystencji. Wygląda jak gąbka, smakuje jak gąbka... Jest zdecydowanie mniej smaczny niż tradycyjny twaróg. Kilkanaście razy robiłam podejście do tofurnika, ale efekty zawsze były mizerne. Wreszcie posklejałam razem kilka znanych mi przepisów, dodałam coś od siebie i wyszło ciasto marzenie. Serniczek kokosowy z tofu, który niczym nie ustępuje temu tradycyjnemu. Śmiem nawet twierdzić, że jest od niego o niebo lepszy. Na słodką leniwą niedzielę jak znalazł. Spróbuj, a stracisz dla niego głowę.


Najlepszy tofurnik kokosowy.



Potrzebujesz:

na spód:
100g owsianych/ jaglanych ciastek (ja używam home made ciasteczek)
2 łyżki nierafinowanego oleju kokosowego

masa tofurnikowa:
360g tofu
1/2 szkl. ugotowanej i zblendowanej kaszy jaglanej
1,5 szkl. mleka kokosowego
3/4 szkl. syropu kokosowego lub innego słodzidła
2 łyżki mąki ziemniaczanej
kilka kropki olejku kokosowego (do kupienia tutaj)
1/3 szkl. soku z cytryny
skórka otarta z 1,5 cytryny

polewa:
50g czekolady (ja użyłam tej)
1 łyżka syropu kokosowego


Zrób tak:

1. Składniki na spód zblenduj na grupe okruchy. Tortownicę (ja używam takiej o średnicy 25cm) wysypać okruchami, docosnąć i wstawić do lodówki.

2. Przygotuj masę. Wszystkie składniki poza mlekiem zmiksuj mikserem na gładką masę. Pod koniec miksowania wlej masę, stopniowo miksując. 

3. Rozgrzej piekarnik do 170 stopni. Masę wylej na schłodzony spód, piecz przez 20 minut w temperaturze 170 st., potem zmniejsz do 120 stopni i piecz kolejne 40 minut. 

4. Po upieczeniu wyłączyć piekarnik i zostawić tofurnik jeszcze na 10-15 minut w środku. Wstrzymaj się z krojeniem serniczka, dopóki całkowicie nie ostygnie. Zaufaj- wcześniej się rozleci.

5. Przygotowanie polewy jest bajecznie proste- włóż wszystkie składniki do rondelka i rozpuść, mieszając energicznie trzepaczką. Jeszcze ciepłą polewą oblej zimny tofurnik. 

Smacznego :)




poniedziałek, 12 marca 2018

historia mojego weganizmu i jak jem teraz.

Nie znoszę szufladkowania i konieczności przynależenie do jakiejś grupy, więc trudno mi jednym słowem nazwać to, w jaki sposób się teraz odżywiam. Ja nazwałabym siebie weganką, która raz na jakiś czas je miód i którą mocno ciągnie w stronę surowego weganizmu. Dla ortodoksyjnych wegan jestem zbyt mało wegańska ze względu na miód, a dla ludzi odżywiających się tradycyjnie, jestem pewnego rodzaju ciekawostką. Nauczona doświadczeniem nie opowiadam o mojej diecie, jeśli ktoś mnie nie zapyta (wyjątkiem jest ten blog, wiadomo, po to między innymi jest), nie uświadamiam i nie tłumaczę. Nie czuję się odpowiednią osobą do zbawiania świata. Jeśli ktoś chce znaleźć informacje, to znajdzie sam.

Nigdy nie lubiłam mięsa. Byłam takim dziwnym małym stworem, który zawsze prosił o dokładkę surówki, ale schabowego wciskał pod stołem psu. Mama walczyła ze mną o każdy kęs mielonego, a ja z zadziwiającym jak na kilkulatka uporem odmawiałam, wybierając porcję sałaty. Jako trzynastolatka zbuntowałam się i przestałam zupełnie jeść mięso. Pamiętam, że wzbudziłam w mojej rodzinie wielki niepokój tą decyzję. Zwłaszcza moja ukochana babcia załamywała ręce. W latach 90-tych niewiele wiadomo było o wegetarianizmie. Mięso jawiło się jako jedyne słuszne źródło białka i wszelkich niezbędnych witamin. Ja również  nie miałam odpowiedniej wiedzy, ale czułam instynktownie, że mięso mi nie służy. Kilka lat później, myślę że to było mniej więcej około 18- stych urodzin, odrzuciłam wszelkie produkty odzwierzęce, czyli jajka, nabiał i miód. Weganką byłam do 23 roku życia. Miałam długie okresy surowego weganizmu (jadłam tylko surowe, nieprzetworzone warzywa, owoce i nasiona). Lato to zawsze był czas frutarianizmu, czyli jadłam same owoce i zielone liście. Pod względem zdrowotnym to był najlepszy okres mojego życia. Nie imały się mnie absolutnie żadne choroby. Nie przeziębiałam się, nie byłam podatna na urazy typu zwichnięcia, złamania itp., wyniki krwi zawsze miałam idealne i nikt z lekarzy nie chciał mi wierzyć, że ja tak na owockach jadę... Pewnie myśleli, że kombinuję i wcinam golonki po kryjomu. 



W pierwszej ciąży uległam naciskom otoczenia i zaczęłam jeść mięso "dla dobra dziecka". Niby wiedziałam, że spokojnie poradzimy sobie oboje z maluchem bez mięsa, ale po codziennych, wyczerpujących rozmowach z rodzicami, lekarzami i wszystkimi innymi, którzy tak gorliwie odradzali mi weganizm, poddałam się. Przez kolejne 10 lat mięso jadłam raz częściej, raz rzadziej, czasami nie tknęłam go przez pół roku. Co najciekawsze- większość chorób, jakie mi się przydarzyły, miały miejsce w okresie, kiedy jadłam najwięcej mięsa. Muszę tutaj koniecznie napisać, że w moim przypadku wegetarianizm i weganizm dały ogromne korzyści zdrowotne. Mam 35 lat i raz w życiu chorowałam na anginę, raz na zapalenie oskrzeli, nigdy nie miałam niczego złamanego, nigdy nie miałam żadnej operacji, zęby mam wszystkie i zdrowe, nie przechodziłam żadnych chorób dziecięcych (chorowałam jedynie na ospę, po 30-stce- nie polecam), a jedyne pobyty w szpitalu to te, kiedy rodziłam dzieci. Po ok. 7-8 latach jedzenia mięsa moje zdrowie się posypało. Nagle przeziębienie zaczęło mnie łapać niemal co miesiąc, pojawiły się uporczywe bóle gardła, brzucha i głowy. Dorobiłam się niedoczynności tarczycy. Przytyłam. Cera, z której zawsze byłąm zadowolona, wyglądała jak w okresie dorastania. Zachorowałam na ospę. Rok temu nastąpiła kulminacja- pękła mi torebka stawowa w lewym kolanie, tak po prostu, co unieruchomiło mnie skutecznie na całe lato, a skutki tego urazu odczuwam do dzisiaj. Psychicznie też było słabo. Czułam się zmęczona, zniechęcona, totalnie nie na swoim miejscu. 



Przyszedł taki moment, kiedy poczułam, że albo coś zmienię, albo zwariuję. Niby wszystko było ok, a ja czułam się źle sama ze sobą. Najpierw intuicyjnie odrzuciłam mięso. To było dokładnie rok temu. Przez ten rok udało mi się pozbyć niedoczynności tarczycy, nie zmieniając ani leku, ani dawkowania, ani niczego innego poza dietą. Moje cera się oczyściła. Zniknęły bóle gardła, z którymi bujałam się po laryngologach przez ponad rok. Bóle głowy stopniowo zanikają- nadal co prawda czuję zmiany pogody, ale to zupełnie co innego niż codzienne budzenie się z bólem, w skroniach. Nadal jednak jadłam jaja, miód i nabiał. Pół roku temu dojrzałam do tego, aby przejść na weganizm. Od podjęcia decyzji do jej wykonania daleka droga. Weganką jestem dopiero od miesiąca. Czuję się coraz lepiej. Coraz lepiej mi samej ze sobą. Walczę z bólami jelit, które uparcie się mnie trzymają, zwłaszcza w sytuacjach stresowych, ale widzę ogromną poprawę po odrzuceniu nabiału. To za czym tęsknię najbardziej, to miód i nie zarzekam się, że już nigdy do nie zjem. Dlatego właśnie jestem za mało wegańska dla zagorzałych wegan ;) Myślę, że latem przejdę czasowo na frutarianizm. Kiedyś, dawno temu, to właśnie owoce stanowiły podstawę mojej diety i czułam się z tym fantastycznie.



Podsumowując. Czego nie jem? Mięsa, w tym mięsa ryb, bo niestety niektórzy nadal uważają, że ryby rosną na drzewach, jaj, nabiału, miodu. Co zatem jem? Całą resztę :) Owoce, warzywa, mleka roślinne, oleje, orzechy, suszone owoce, nasiona, kiełki, kasze, ryż, makarony, tofu, soję, hummus.... Pewnie jeszcze całą masę innych rzeczy, ale to jest moja podstawa. Kiedyś bawiłam się w liczenie kalorii, makro, mikro, fikro i inne -kro, ale byłam bliska obłędu i jedzenie zupełnie przestało mi sprawiać przyjemność. Myślałam tylko o cyferkach, a stąd już bardzo blisko do wszelkich zaburzeń odżywiania. Jestem zwolenniczką jedzenie intuicyjnego, ale żeby jeść w taki sposób, trzeba mieć wyjątkowo silny kontakt ze swoim organizmem. Jeśli jesteś zatruta toksynami, złym jakościowo jedzeniem, jedzenie intuicyjne nie jest dla Ciebie, bo jedyne co będzie Ci organizm podpowiadał, to chipsy i batoniki. Ale to już temat na zupełnie osobny wpis, który popełnię jak pozbieram do kupy to wszystko co mam Ci do powiedzenia :)


p.s. Zapraszam serdecznie na mój instagram. Tam jestem aktywna praktycznie codziennie. 


środa, 21 lutego 2018

żeby tylko była.

W takim małym miasteczku to była wiadomość roku. Rozwodzą się! Tak, to pewne. Ale chwileczkę... Oni się rozstali? Oni?? Nie może być! Takie zgodne małżeństwo, tacy w sobie zakochani, tacy poukładani. Takie małżeństwa się nie rozwodzą! Tacy ludzie na wieczność są ze sobą przecież. Ona go zostawiła??? Ona jego?? Ale jak to tak!  A to pinda jedna! Nienormalna baba. Egoistka pieprzona. Szkoda dzieci.... On taki dobry, oddany rodzinie, nie pił, nie bił, na dupy nie chodził. Czego ona jeszcze chciała?? W głowie jej się poprzewracało, ot co. Miała wszystko. Co jej odbiło... z dnia na dzień spakowała siebie i dzieciaki i już jej nie było. Podobno jak rano się obudził, to już ich nie było. Puste szafy, puste pudła po zabawkach, w łazience tylko pastę do zębów zostawiła. Idealnie wyciśniętą. Tak od końca do samiuśkiego początku. Co jej odbiło?...



Siedzi przede mną na kuchennym krześle nieco pochylony do przodu. Opuszczona głowa, skulone ramiona, nieobecny wzrok. Jakby zmęczony. Jakby zniechęcony. Są chwile, kiedy niemal namacalnie odlatuje z tej mojej kuchni i muszę czekać cierpliwie aż wróci. Patrzy wtedy na mnie zdziwiony co ja tutaj robię, z nim, w tej kuchni, w tym półmroku wieczornym. I kim ja w ogóle, do cięzkiej cholery, jestem. Przez głowę przelatuje mi myśl, że dlaczego on taki zmęczony, skąd te pokrążone oczy, przecież jest całkiem sam w pustym mieszkaniu. Ma ciszę i spokój. Ma dla siebie czasu pod dostatkiem. Przyglądam się może odrobinę zbyt długo. Kilkudniowy zarost, chmurne spojrzenie i mocne dłonie. Podoba się kobietom, chociaż on myśli, że nie. Zupełnie nie rozumiem dlaczego tak myśli. Prawą ręką obejmuje wielki kubek z czarną, parującą kawą. Na serdecznym palcu nadal mocno odciśnięty ślad obrączki. Przez ułamek sekundy zastanawiam się jak długo będzie się utrzymywał. Pewnie zejdzie szybciej niż ślad na sercu. A może jednak nie. Może serce już by chciało dalej iść, ruszyć się wreszcie z tego miejsca, bić dla innej, a odbita na sino obrączka wciąż przypomina o ostatnich latach. 

- Dlaczego odeszła? - podniósł głowę gwałtownie i spojrzał na mnie zdziwiony, jakby nic się nie stało, jakbym pytała o innego faceta, inną kobietę i inną miłość.- Bo ta tubka z pastą do zębów ciągle wymiętolona była... Ona ją ciągle źle wyciskała, tak od środka, wiesz? I nie zakręcała porządnie tylko tak zostawiała otwartą. I to mnie tak cholrnie wkurzało, że od rana miałem zły humor. Głowa zaraz zaczynała naparzać, prochy łykałem i liczyłem do dziesięciu, żeby przy dzieciach nie wybuchnąć. A ona jakby nigdy nic obejmowała mnie i wtulała głowę w moją szyję. Bez sensu! Czy ona nie widziała, jak mnie ta tubka wkurwia?? Chodziłem wściekły już od rana, przez nią wściekły poszedłem do pracy i wściekły wróciłem do domu. A tam ta tubka znowu wymiętolona taka... Cały dzień do dupy. Przez nią... W ten ostatni weekend dzieciaki obudziły się o szóstej. Człowiek jest zmęczony po całym tygodniu pracy, a one biegają po domu i wrzeszczą jak opętane. Proszę ją, żeby byli ciszej, wszyscy żeby byli ciszej, żeby pospać dali, a ona zagarnia towarzystwo jak matka kwoka i sprowadza na parter, żeby tam się darły. Nic to nie daje, bo do mnie i tak te wrzaski dochodzą. Zrzucam z siebie kołdrę i z narastającym pulsującym bólem w skroniach wlokę się do łazienki. A tam ta cholerna pasta znowu nie tak wyciśnięta! Tak od środka, rozumiesz? Czy ona nie widziała, jak mnie ta tubka wkurwia?? W kuchni jak zawsze się kotłuje, nie można dopchać się do kuchenki, żeby kawy sobie zrobić. A jak już mi się uda, to i tak wypijam zimną, bo jak dzieciaki z rana w sobotę człowieka oblezą i bawić się chcą, to i czasu na kawę nie ma. Z dzieciarnią to zawsze jest coś do zrobienia. Jasełka, srełka, ortodonta, szczepienia, srenia, wywiadówki, smarki, katary i rozwolnienia. Ciągle w biegu. I ta pasta w łazience tak beznadziejnie wyciśnięta. Powiedz, tak szczerze, kto by nie był wkurwiony?? A ona jeszcze do tego ciągle nade mną wisiała i o uczuciach rozmawiać chciała. O uczuciach, czujesz to? Trajkotała mi nad uchem jak karabinek maszynowy, przepracowywać coś tam chciała i trupy z szafy wyciągać kazała. Kiedy ja wolę tak siup pod dywan szybciutko. Nie rozumiałem, kiedy mówiła, że prędzej czy później wszystkie trupy z szaf się wysypią i nas przygniotą. Często wracałem myślami do czasów sprzed niej. Zanim ona się pojawiła, zanim wniosła w moje życie cały ten chaos i bałagan, było inaczej. Było spokojnie, przewidywalnie i cicho. Wszystko poukładane pod sznureczek miałem, skarpetki i majtki w szufladzie kolorystycznie leżały, a tubka z pastą wyciśnięta jak trzeba była. Tak, wiesz, od samiuśkiego końca do początku, z idealnie dokręconą zakrętką. Garnki zawsze idealnie domyte bez ani jednej smugi, podłoga bez rozmazanej plakatówki i dywan bez wgniecionego herbatnika z czekoladą. Miałem na wszystko czas; na mecz w telewizji, spanie do południa w sobotę i słuchanie muzy na fulla. Nie to co teraz. Coraz bardziej wkurzony byłem, coraz mocniej mnie to irytowało. Im dalej odchodziłem od starego życia, tym bardziej wściekałem się na nią. Na tę ciągle wymiętoloną tubkę pasty do zębów w łazience. Serio! Czy ona nie widziała jak mnie to wkurwia?? Patrzyłem na nią i zastanawiałem się co ja z nią robię. Dlaczego ożeniłem się właśnie z nią? Przyszedł taki czas, że nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na to pytanie. Kiedyś zakładała szpilki, krótkie kiecki i mocno malowała oczy. Teraz ma na sobie dres, włosy związane w kitkę i dźwiga na prawym biodrze naszą córkę. Czasami otwierała szafę, tę w której trzymała kiecki "z kiedyś" i przyglądała się. Czasami przymierzyła którąś, wzdychała i odkładała z powrotem. Nie pytałem. Po co. Lepiej siup pod dywan. Zresztą.... kto by się kieckami przejmował, kiedy w łazience tubka z pastą wymiętolona jak psu z gardła?? Czy ona nie widziała jak mnie to wkurwia?? Coraz cichsza była. Coraz rzadziej się śmiała. Coraz rzadziej właziła mi na kolana. Ja mnie to włażenie na kolana wkurzało. Zachowywała się jak dziecko, no naprawdę.... kobieta po 30-stce i takie dziecinne zachowanie. Kiedyś można było się z nią pośmiać, teraz nic nie mówiła. Tylko patrzyła na mnie. I co ona się tak gapi?- myślałem. O co jej znowu chodzi? Ot wymyśliła sobie pewnie jakiś kolejny problem. Wkręciła sobie. Baby. Potrafią zrobić z niczego sałatkę i awanturę he he he :D Zupełnie nie rozumiem dlaczego ten dowcip jej nie bawił, przecież genialny jest. Dziwne miała poczucie humoru, totalnie inne niż moje, wszystko brała śmiertelnie poważnie. W zasadzie nie wiem dlaczego się z nią ożeniłem... może to przez te szpilki i krótkie kiecki, które kiedyś ciągle nosiła? Teraz zamiast kiecek mam wymiętoloną tubkę po paście w łazience. Dżizas czy ona nie wiedziała jak mnie to wkurwia????! No to postanowiłem oduczyć ją tego nieogaru. Kupiłem drugą pastę, tylko dla mnie, i ostentacyjnie wyciskałem jak trzeba. Taką kobietę trzeba szkolić, bo inaczej nic nie zrobi dobrze, nawet pasty do zębów nie wyciśnie jak trzeba. I o co ona się rzuca?? Przecież ja nic takiego nie robię... Gównoburza to była jej specjalność.  Jest superpower. Męczyła mnie. Jej nieogar, jej temaperament zupełnie inny od mojego, potoki łez kiedy było jej źle i zbyt głośny śmiech, kiedy bawiła się z dzieciarnią. 

Aż pewnego dnia zrobiło się cicho. Cisza aż dzwoniło w uszach. Wrócił porządek, wróciła przewidywalność i równo ułożone skarpetki też wróciły. Wróciły domyte talerze, domknięte szafki i wrócił spokój. Nareszcie soboty były leniwe, nareszcie spałem do oporu, nareszcie sam stałem w kolejce do kuchenki. Na meblach nie było już śladów małych czekoladowych paluchów, nie było misiów rozrzuconych po całej podłodze i herbatników wgniecionych w pościel. Muzyka z głośników grała na maxa, bo już nikt nie zasypiał o 19. Zrobiło się idealnie. Tak jak zawsze chciałem się zrobiło.
Jest super, naprawdę. Jest tak jak zawsze chciałem, żeby było. Teraz tylko jednego mi brakuje do szczęścia. Jednej małej rzeczy. Maleńkiej takiej. Żeby ta tubka z pastą w łazience znowu wymiętolona była. Żeby tylko była....

poniedziałek, 12 lutego 2018

wróciłam. post zdjęciowy.

"Nigdy nie jest za późno, aby być tym, kim się mogło być". George Eliot.

Dzisiaj zaczynam ukochanym cytatem, który w mojej głowie dźwięczy od kilkunastu tygodni dzień w dzień. Nigdy nie jest za późno. Nieważne ile masz lat, gdzie jesteś i jaki bagaż niesiesz ze sobą. Nigdy nie jest na nic za późno.

Trudno jest przyjść do Ciebie ot tak po prostu, jak gdyby nigdy nic po prawie trzech miesiącach milczenia i lekko tak opowiedzieć co się wydarzyło w tym czasie. Wydarzyło się bardzo dużo, głównie we mnie się podziało, bo dookoła mnie nie zmieniło się nic- nadal mam tego samego męża, te same dzieci i tę samą pracę. Nadal mieszkam w tym samym miejscu, nadal zimą wiatr mi hula jak głupi na tym wygnanowie i nadal mam te same drzewa pod oknem... Na zewnątrz jest tak jak było. W środku wszystko jest już inne. Post o tym gdzie byłam, kiedy mnie nie było i dlaczego właściwie mnie nie było powoli się pisze, ale dzisiaj pozwól, że przemówią obrazy, a nie słowa.

Grudzień, styczeń i luty. Takie były.




















czwartek, 23 listopada 2017

"mamo połóż się obok mnie"

Pierwsze co następuje to katar. Taki katar, że ja, stara baba, zaprawiona w katarowych bojach, odpadam.  Sorry batory, ale moja głowa nie jest w stanie wymyślić nic sensownego. A nawet nic jakiegokolwiego, bo katar morderca skutecznie przysłonił mi rozsądne postrzeganie otoczenia. Na pierwszy plan wysuwa się nos niczym wielki czerwony kartofel, załzawione oczy i bezsenna noc, bo primo- kro przeżył katar gigant, ten, secudno-  moje dzieci również chorują. W razie, gdybyś nie zdawała sobie z tego sprawy, to niniejszym informuję, że dzieci z katarem nie sypiają. Wcale. Także tego... no jest pogrom... co tu będzie ściemniać, że nie ma. Armagedon istny. Ja nie z tych instamatek, które przy chorobie wyglądają jak milion dolców i nawet chorują in style. O nie nie nie. Ja to ja. 

Poza tym ja jakoś się ogarnę, ale chore dzieci plus chora ja to już nieco za dużo nawet jak na mnie. Nie żebym się jakoś tutaj specjalnie skarżyła, ale, kochana, spróbuj zajmować się dwójką zaskarkańców samej będąc chorą. Hardcore na wypasie rzekłabym. Nastawiona jestem na tryb "mamo boli mnie gardło", "mamo zimno mi", "mamo daj mi pić", "mamo przytul", "mamo podrap", "mamo poczytaj", "mamo chodź", "mamo osmarkałam kołdrę", "mamo tata na mnie krzywo patrzy", "mamo to", "mamo tamto"... Mam wrażenie, że chorujące dziecko z każdym kolejnym kichnięciem uczy się nowego unikalnego pierdyliarda możliwości użycia słowa "mama".  Biegam więc od jednej zasmarkanej do drugiej, po drodze łykając aspirynę na ból głowy, racząc się garściami witaminy C oraz środkiem na zbicie gorączki. Bo przecież nie jest mi dane wyleżeć przeziębienie tak jak należałoby. Nawet, jeśli Tata mówi- "połóż się na chwilę, odpocznij, ja się nimi zajmę", to tak się nie da po prostu, bo to "mamo, połóż się obok mnie" nie daje spokojnie chorować w zamkniętym pokoju. Dwa zachrypnięte dziecięce głosy wbijają się w mój zakatarzony do granic możliwości mózg i zamiast odpoczynku, mam drgawki nerwowe, że one tam mamę wołają, a mama sobie leży. Mamie chorować nie wolno, bo bez mamy wszystko się wali, a świat dwóch małych zakatarzonych dziewczynek wali się na pewno. 

Czasami wracam wspomnieniami do chorowania w dzieciństwie i w takich chwilach jak dzisiaj brakuje mi tego ogromnie. Chorowało się zawsze w łóżku rodziców w największym pokoju z dostępem do telewizora i do babci, która obok w kuchni gotowała obiad. Co chwilę przychodziła a to poduszkę poprawić, kołdrę wygładzić, dodatkowym kocem zmarznięte stopy okryć. Na stołeczku obok łóżka stawiała cały świat. Czego tam nie było. Lekarstwa, termometr, chusteczki, zapasowe baterie do walkmana- wtedy, te dwadzieściaparę lat temu szczytem marzeń był różowy walkman i ja ten szczyt osiągnęłam na dziewiąte urodziny ;) Termofor w gorącą wodą szykowała, żeby dreszcze tak nie męczyły, bańki najlepiej na świecie stawiała i takie historie opowiadała, że żadna gorączka ani kaszel nie miały znaczenia. A kiedy rodzice wracali z pracy, to najpierw burę od niej dostawali, że lecą do mnie prosto z dworu tacy zimni i w brudnych butach jeszcze. Mama książeczki z biblioteki przynosiła i cały wieczór potem mi czytała. Nie narzekała i nie marudziła tak ja teraz, a jak już, to tak, żebym nie słyszała. A pewnie i miała powody do narzekania, bo sporo pracy do domu przynosiła i potem światełko przy kuchennym stole paliło się do czwartej nad ranem. Dzisiaj już wiem dlaczego... Ciągle ktoś przykładał mi rękę do czoła, żeby sprawdzić czy gorące, po głowie głaskał i herbatę z miodem z wujkowej pasieki donosił. Wtedy to ja wołałam "połóż się obok mnie" i wtedy to moje wołanie najważniejsze na świecie było.

Tak jak dzisiaj najważniejsze jest dla mnie. 


A za oknem takie cuda się porobiły. Świat posypany solą zawsze wprowadza mnie w dobry nastrój. To jeszcze nie prawdziwy śnieg, ale moje córki, ofiary masowej popkultury, chcą lecieć takie zakichane na dwór i lepić Olafa. OLAFA, czujesz to?? Za moich czasów lepiło się bałwana... ;) Odpalam miliony lampek w domu, nastawiam ciasto na piernik i od rana do wieczora męczę Michaela Buble. Chyba już mogę, prawda? :)