poniedziałek, 24 lipca 2017

gdyby jutro miało mnie zabraknąć.

Gdyby jutro miało mnie zabraknąć. Gdybym jutro przestała istnieć. Gdyby to był ostatni mój dzień. Ostatni poranek. Ostatnie promienie słońca padające na moją twarz. Ostatni wspólny posiłek z rodziną. Ostatnie spojrzenie na buzie umorusane pomidorowym sosem. Ostatnie "spuść łokcie ze stołu". Ostatnia przeczytana kartka w książce. Ostatnie umycie zębów. Ostatnie "dobranoc, kocham cię najbardziej na świecie". Ostatni spokojny sen. Gdyby jutro miało mnie zabraknąć. Gdyby jutra miało już nie być. Gdybym jutro rano nie otworzyła oczu. Gdyby...

To co by było?

Co by było?

Każdego dnia pozwalam sobie na wiele. Na zbyt wiele. Odpuszczam sobie. Macham ręką od niechcenia. Wzruszam ramionami. Zachowuję się, jakbym miała dożyć co najmniej setki. Jakbym była niezniszczalna. Zrobiona ze stali. Nieśmiertelna. Jakby czas, który został mi dany, nigdy nie miał się skończyć. Jakby piasek przesypujący się w klepsydrze odnawiał się na pstryknięcie palcami. Zapominam, że wszystko jest dane na chwilę. Wszystko jest policzone. Każdy z nas ma swoją pulę godzin do przeżycia. Mam i ja. Ani jednej godziny więcej, choćby nie wiem jak hardym i pewnym siebie się było. Można szarpać się z losem i wściekać na cały świat, ale kiedy piasek w klepsydrze się przesypie, na nic będzie ta cała buta...

A ja przecież mam tę pewność, że jutro będę. Nawet nie przyjdzie mi do głowy, że może być inaczej. No jak to... Tyle mam jeszcze do zrobienia. Tyle do przeżycia. Tyle fascynujących projektów przede mną. Tyle miejsc do zobaczenia. Tyle zdjęć do zrobienia. Tyle książek do przeczytania. Tyle słów do powiedzenia. Tyle uśmiechów do rozdania. Tyle ludzi do kochania. Tyle dni przede mną.

A gdyby tak...

Jutra miało nie być?

Gdyby jutro miał się skończyć świat.

Po cichutku. Bez fanfar. Bez grzmotów. Bez trzęsienia ziemi. Bez chórów anielskich stąpających  z nieba. Bez sądu ostatecznego. Bez piekła. I bez nieba też. Bez rozgłosu tak zupełnie. Skończył by się mój świat. Gdybym jutro nie podniosła głowy z poduszki.

Czy dzisiaj żyłabym tak, jakbym miała żyć wiecznie? Czy żyłabym tak, jakbym miała jeszcze dużo czasu na życie? Czy obraziłabym się na Niego za to, że nie odczytał moich myśli i nie odzywałabym się przez całe przedpołudnie? Czy odepchnęłabym jego dłonie, które próbowały mnie przeprosić? Czy rzucałabym wściekła klockami, bo córka znowu zostawiła bałagan w pokoju, mimo moich próśb? Czy kazałabym jej czymś się samej zająć, zamiast usiąść obok niej na podłodze? Czy chodziłabym po domu z ponurą miną i kąsała wszystkich jak osa, bo młodsza od rana marudzi i popłakuje, a ja nie wiem o co jej chodzi? Czy obwiniałabym siebie, że jestem beznadziejną matką? Czy denerwowałabym się, że te zdjęcia to wszystkim innym takie piękne wychodzą, tylko nie mnie? Czy nie mogłabym zasnąć przez obcego mi człowieka, który pojawił się w moim życiu na chwilę i zmieszał z błotem? Czy walczyłabym w walce, która nie jest moją walką? Czy ta walka nie byłaby najgorszą z możliwych opcji na wykorzystanie mojego ostatniego dnia?

Gdyby jutro miał się skończyć świat.

Czy bym odpuściła sobie dzisiejszy dzień? Czy pomyślałabym- jutro będzie lepiej? Jutro to naprawię? Jutro powiem "kocham, przepraszam i dziękuję"? Jutro. Dzisiaj sobie odpuszczam. Za to jutro podbiję świat. Czy bym tak zrobiła?

Bo przecież jutro już nie powiedziałabym Mu, że jest moją brakującą połówką jabłka i nawet jeśli czasami znajduję robaka, to nie ma to żadnego znaczenia. Jutro nie pocałowałabym na dobranoc pucołowatych policzków młodszej córki. Nie usłyszałabym jej "mami" i nie poczuła lepkich od czekolady rączek na mojej szyi. Nie naciągnęłabym jej skarpetek na machające stópki. Nie wstałabym w nocy, żeby podnieść z podłogi koc, które z siebie zrzuciła. Nie powiedziałabym starszej, że jest najlepszym, co mnie w życiu spotkało i te klocki porozrzucane po całej podłodze nie mają najmniejszego znaczenia. Jutro nie uchwyciłabym w mój niedoskonały kadr żadnej z chwil. Nie powiedziałabym moim rodzicom, że dziękuję, że to dzięki wam to wszystko.

Gdyby jutro miał się skończyć świat. Gdybym wiedziała, że jutro mnie zabraknie.

Dzisiejszy dzień stałby się najpiękniej przeżytym dniem ze wszystkim moich dni.

 "Człowiek ma dwa życia. To drugie zaczyna się, kiedy uświadomi sobie, że ma jedno"- Konfucjusz.

piątek, 21 lipca 2017

sprzątam.

Zaczynam intensywnie sprzątać. A to oznacza, że zmiany się szykują. Jeszcze nie wiem dokładnie co się zmieni i jak bardzo, ale czuję te wszystkie zmiany przez skórę. Czuję, jak wszystko wokół mnie charakterystycznie wibruje i to wibrowanie słyszę tylko ja. Chociaż może nie tyle słyszę, co je po prostu wyczuwam. Każdą komórką ciała wyczuwam nowe. To jest ten moment, kiedy już wiem, że coś zaczęło się zmieniać, ale jeszcze nie wiem co i dokąd mnie to zaprowadzi. Wiem, że życie dzieli się na etapy i jeśli kurczowo będziemy się trzymać jednego z nich, choćby nie wiem jak piękny był, jeśli uporczywie będziemy odwracać głowę w stronę tego co odeszło, nie zrobimy miejsca na to, co nadchodzi. Jedyne co jest stałe w naszym życiu, to zmiana i nie wolno się tego bać. 

Tak więc sprzątam. Zapytasz co ma jednego do drugiego. Otóż ja zawsze, ale to zawsze, kiedy moje życie przechodzi transformację, sprzątam. Tak po całości. Nie to, że zetrę kurze, zmyję podłogi czy poustawiam bibeloty na półkach. Nie, nie, nie. Ja wchodzę na najwyższe obroty. Jestem mistrzem ogarniania przestrzeni. Sprzątanie level master. Wywracam dom na drugą stronę. Obrabiam każde pomieszczenie po kolei. Wchodzę w każdy, najciaśniejszy kąt. Wyrzucam wszystko z szaf, szuflad, szaf i szafek. Biorę do ręki każdą rzecz, każdy ciuch i każdą książkę, oglądam i pytam samą siebie, czy ja oby na pewno tego potrzebuję. Czy ten przedmiot jest potrzebny mojej rodzinie. Czy sprawia, że żyje nam się lepiej, przyjemniej, wygodniej. Czy wiąże się z nim jakaś historia, którą chcę zachować. I wyrzucam. Wyrzucam na potęgę. Nie mam z tym problemu. Wręcz sprawia mi to niesamowitą przyjemność. Im mniej mam niepotrzebnych rzeczy wokół siebie, tym lżej się czuję. Tym głębiej oddycham. Robię miejsce na nowe nie tylko w moim domu, ale w sobie również, a może przede wszystkim właśnie w sobie.

Dobrze się czuję, kiedy mam mało przedmiotów w moim otoczeniu, chociaż minimalistką nie można mnie nazwać. Przywiązuję się do rzeczy i mają dla mnie one ogromną wartość. Dążę do tego, żeby mieć tylko to, co jest mi naprawdę potrzebne. Chciałabym, żeby każda rzecz w moim domu coś znaczyła. Żeby nie był to zbiór nieistotnych, przypadkowych przedmiotów, które nie mają ze sobą nic wspólnego. W tej chwili mam wrażenie, że zaraz się uduszę. Przedmioty atakują mnie z każdego kąta w tym domu. Ubrania wysypują się z szaf. Zabawki dziewczynek walają się dosłownie wszędzie. Moje kosmetyki zajmują dwie wielkie kosmetyczki, a ja i tak używam tylko tych ulubionych. Książki raz przeczytane, do których nigdy nie wrócę, zagracają półki. Bibeloty przewiezione skądś przez kogoś, nie wiem, a skoro nie wiem, to pewnie mało istotne to jest, zapychają szafki. Szuflady pękają w szwach od nadmiaru papierów, pocztówek, starych rachunków. Chaos. We mnie również. W tej chwili jestem na etapie wyrzucania. Codziennie sprzątam w jednym miejscu i poświęcam temu miejscu 100% mojej uwagi. To jest proces, bo nie da się zrobić tego wszystkiego w ciągu jednego czy nawet kilku dni. Potrzeba czasu na takie porządki. Każda duża zmiana na lepsze wymaga czasu.

Przyszedł taki moment w moim życiu, kiedy nadmiar zaczął mnie męczyć. Nie jestem pewna, czy to kwestia wieku, ale chyba tak właśnie jest. Nauczyłam się doceniać rzeczy najprostsze. Najprostsze kombinacje. Biała koszula i czarna spódnica. Czarne szpilki i czerwona szminka. Dżinsy i biały t-shirt. Chleb z masłem. Makaron z oliwą i gorzka czekolada na deser. Czerwone wino. Wieczór z książką. Perełki w uszach. Zegarek z dużą tarczą i skórzanym paskiem. Zapach powietrza po letniej burzy. Piknik nad jeziorem. Tak, to jest zdecydowanie kwestia wieku i życiowej dojrzałości, bo kiedyś były cekiny, koronki i falbany, balejaż platynowy i kolczyki z pawim okiem, kolekcja porcelanowych słoników i pierścionek na każdym palcu. Kiedyś było machiatto z bitą śmietaną, likierem waniliowym i bitą śmietaną, deser lodowy we wszystkich kolorach tęczy, spaghetti ze wszystkim co znalazłam w lodówce. Kiedyś były tańce w klubie do rana, różowe baleriny w kotki i serduszka na paznokciach. Kiedyś były neonowe sukienki, wakacje w tłumie turystów i tapeTa we flamingi. A dzisiaj jest inaczej. Prościej. Coraz bardziej doceniam prostotę i jakość. Wolę zbierać kilka miesięcy na porządną, klasyczna torebkę niż kupić kilka gorszej jakości. Wolę mieć jedną szminkę dobrej firmy niż dziesięć podróbek. Kilka fajnych, drewnianych zabawek dla moich dzieci niż całe pudło plastikowego badziewia. Wolę robić zakupy raz na pół roku niż kilka razy w miesiącu. Jakość, a nie ilość. Mało, ale dobrej jakości. I życia również to się tyczy. Życie jest za krótkie, żeby godzić się na bylejakość. Na byle jakie związki, przyjaźnie, książki i byle jakie sukienki. Dotarło to do mnie dopiero po trzydziestce, więc to na pewno kwestia wieku.  I cholernie dobrze mi z tym...

Tak, zdecydowanie czuję zmiany.
A tymczasem idę sprzątać :)

środa, 19 lipca 2017

dla nich.

Ja dla nich wszystko. Gwiazdkę z nieba. Ciepłe sweterki na jesień. Wygodne buty. Wytarte nosy. Równo poukładane zabawki. Kolorowe spinki do włosów. Chleb z odciętymi skórkami na śniadanie. Moją miłość. Oddanie. Zmęczenie po nieprzespanej nocy. Tęsknotę, kiedy ich nie ma obok mnie. Łzy bezsilności, kiedy sobie nie radzę. Moją złość, kiedy nie jestem wystarczająco. Mój czas co do ostatniej sekundy. Moje wyciągnięte dłonie. Ramiona po jednym dla każdej. To oczywiste, że najpierw. Że poza kolejnością. Poza wszystkimi innymi. Na samiuteńkim początku. Dwa numery jeden. Zanim odejdę. Zanim pójdę przed siebie. Zanim wyjdę z domu po mleko do kawy, upewnię się dziesięć razy, czy mają ciepłą zupę na stole. Zatemperowane kredki do szkoły. Oczy bez łez. Sernik bez rodzynek. Czy mają wszystko. Wszystko co ważne.
Ale teraz ja. Teraz o mnie będzie. Codziennie przychodzi ten jeden moment. Codziennie, choćbym nie wiem jak się starała, żeby nie przyszedł. Moment, w którym zapominam. Że też tutaj jestem. Między tym wszystkim. Między nimi dwiema. Między mężem a moimi rodzicami. Między słowami. Między łzami. Kłótniami. Podniesionymi głosami. Między misiem a lalką. Między kuchnią a pokojem. Między urodzinami dzieci a Bożym Narodzeniem. Wtorkiem a środą. Sandałkami na lato a kaloszami na jesień. Między jednym rachunkiem a drugim. Między obiadem a kolacją. Między wizytą u dentysta a bilansem dwulatka. Między zdartym kolanem a ugryzieniem komara. Między innymi.

To jest takie łatwe. Nie myśleć o sobie. Odłożyć siebie na później. Odstawić na półkę. Odwiesić na kołek. Zapomnieć. Na chwilę. Na moment. Na zawsze. Omijać wzrokiem swoje odbicie w lustrze. Nie rozmawiać ze sobą. Nie zadawać żadnych pytań. Nie słuchać siebie. Zacisnąć powieki. Zasłonić rękami uszy. Związać ciasno włosy. Spiłować krótko paznokcie. Zetrzeć z ust czerwoną szminkę. Założyć dres. Tak jest wygodniej. Zapomnieć o sobie, pamiętając o wszystkich.

Nie pamiętać, mimo że lubiło się tyle cudownych wielkich drobiazgów. Wyjście do kina na najpóźniejszy seans. Samotny weekend w hotelu nad morzem. Jazda pociągiem bez celu. Kawa na tarasie. Wieczorny thriller na polsacie i poranna telewizja śniadaniowa. Domowa pizza z rukolą. Puzzle z miliona kawałków. Wycieczka za miasto. Naleśniki z lodami w knajpie. Świece pachnące cynamonem i pomarańczą. Wino. Babskie spotkania. Scrable. Kąpiele w pianie. Muzyka. Flirt i motyle w brzuchu. Szpilki. Krótka sukienka.

Od jutra... od dzisiaj przypomnę sobie o sobie. O tym wszystkim, co odwieszone na kołku. O tym, co zakurzone na półce stoi. Otrzepię z kurzu siebie. Przypomnę sobie to wszystko, co sprawia mi radość, napędza i sprawia, że latam. Obiecuję. Bo ja nie tylko dla siebie odnajdę samą siebie. Dla nich też. Przede wszystkim dla nich. Żeby widziały. Żeby wiedziały. Żeby się nauczyły. Żebym zdążyła im pokazać. Żeby wracać do nich codziennie szczęśliwszą.

Ja dla nich. Mój czas, moją przyszłość, marzenia i plany. Szczęśliwą mamę. Ja dla nich wszystko.




poniedziałek, 17 lipca 2017

moje top 10 na szybką poprawę nastroju.

Mówią, że płacz to coś dobrego. Mówią też, że płacz oczyszcza. Łzy wypłukują emocje nie tylko z oczu, ale też z serca. Mówią- jeśli ci źle, jeśli boli i uwiera, to idź się wypłacz, wykrzycz, wyj w poduszkę. Wyrycz się do samego dna, wywal emocje i będzie lepiej. Takie catharsis. Nie wiem. Na mnie to nie działa. Zawsze ze zdziwieniem słucham takich rad i zastanawiam się, jak rozsypanie się na kawałki może być dobre. To nie tak, że ja za wszelką cenę chcę udawać heroskę i nie uronić ani jednej łzy. Wręcz przeciwnie, daleko mi do heroski, ale ten moment, kiedy dzieje się coś złego i ja już czuję, już wiem, że tych łez nie powstrzymam, jest fatalny. Poddaję się wtedy bezsilności w 100% i nic nie zostaje z mojej siły i pewności siebie. Czy wiesz, że podobno kobiety nigdy nie płaczą, bo są smutne? Nie. Kobiety płaczą, bo są bezsilne. Tak mówią mądre książki. I ja się z tym zgadzam. Ze smutkiem sobie radzę, ze złością również. Bezsilność mnie obezwładnia. I wtedy płaczę. Po płaczu boli mnie głowa, jestem rozbita w pył i co jak co, ale żadnego catharsis nie odczuwam. 



Jako, że temat u mnie ostatnio na czasie, a bardzo, ale to bardzo, nie chcę się rozsypać, przygotowałam krótki subiektywny przewodnik po kobiecych poprawiaczach nastroju. Moje top 10, czyli jak zrobić sobie dobrze, kiedy dookoła szaleje burza.

1. Wieczór z filmem.

Kilka lat temu napisałabym dzień z filmami lub maraton filmowy, ale teraz, kiedy mam dwójkę dzieci na stanie, totalnie brakuje mi czasu na takie filmowe maratony. A szkoda. Może za parę lat, jak dziewczyny podrosną, we trzy zainstalujemy się z łóżku i odpalimy kilka familijnych kawałków. Chciałabym. Póki co zadowalam się filmem odpalonym wieczorem na laptopie. Leżę w łóżku, z kołdrę podciągniętą pod sam nos, obampulona jak gąsienica w kokonie i tylko mi te oczy wystają. Co by film widzieć, rozumiesz. A film koniecznie pozytywny, ale nie głupia komedia i nic o miłości, raczej coś o silnych kobietach, pokonanych przeciwnościach i o tym, że po nocy zawsze w końcu przychodzi świt. Takie silne, kobiece kino z pozytywnym przesłaniem. Działa jak terapia.

2. Jak nie film, to książka.

Dobra, wciągająca historia, która zainteresuje mnie na tyle, że będę w stanie oderwać się od swoich problemów. Choć na chwilę. Niektórzy lubię w ciężkich chwilach zatopić się w równie ciężką historię. To tak jak z muzyką- jeśli jest ci smutno, odpalasz łzawe kawałki. Żadne tam disco disco, tylko dwuminutowe zawodzenie o sensie istnienia. Pamiętam jak to było sto lat temu, kiedy byłam nastolatką i rzuciła mnie kolejna miłość mojego życia w tym miesiącu, zamykałam się w pokoju i naparzałam smutne nuty aż domownikom robiło się niedobrze, Dzisiaj szukam raczej podniesienia na duchu niż dodatkowego zdołowania. Książki wybieram o podobnej tematyce co filmy. Inspirujące, dająca kopa, zmuszające do refleksji, może być jakiś lekki kryminał. Nic ciężkiego. Muszę mieć naprawdę dobry dzień, żeby wgryźć się w książkę, która wywraca mnie emocjonalnie na drugą stronę.

3. Wino. 

Ewentualnie dobry likier czy domowa nalewka. Coś babskiego- o smaku kokosa czy cafe latte na przykład. Ajerkoniakiem też nie pogardzę. Nie żebym namawiała do regularnego poprawiania sobie w taki sposób nastroju czy do zalewania się w trupa- nie, nie nie!- ale kieliszeczek czy dwa raz na jakiś czas jeszcze nikomu nie zaszkodził. A najlepiej niech te dwa kieliszeczki wysączone zostaną w dobrym babskich towarzystwie, w trakcie plotek czy malowania sobie nawzajem paznokci. Na przykład.

4.  Dobre jedzenie.

Taa zaraz odezwą się głosy, że namawiam do zaburzeń odżywiania, bo kto to widział humor żarciem sobie poprawiać. Ale przyznać się tutaj, jedna z drugą, ile to razy miska ciepłego, pachnącego makaronu uratowała Ci życie? Zatopić się w fotelu z dobrą carbonarą i zjeść ją bez pośpiechu, na totalnym chillu, w ciszy i bez poganiania przez dzieci, kota, listonosza i sąsiadów... Czujesz to? To jest lepsze niż godzina na kozetce u terapeuty.

5. Lody.

No bo przecież lody to nie jedzenie ;) Lody to lody. Lekarstwo. Jeśli o mnie chodzi, powinno być zapisywana na receptę jako lek na wszystkie problemy- no prawie wszystkie. W chwilach kryzysowych jedzone w dużych ilościach prosto z pudełka. Doskonale działają w połączeniu z babskim filmem, pachnącą świeczką, ciepłym kocem i deszczem za oknem. Aha, i koniecznie niech dzieci już pójdą spać, bo inaczej obok Ciebie pojawią się dwie dodatkowe łyżeczki, a wtedy to już nie będzie lekarstwo, tylko walka o swoje ;)

6. Sprzątanie.

Uwielbiam to! Zawsze, kiedy w moim życiu zachodzą wielkie zmiany, kiedy czuję, że się duszę, kiedy potrzebuję zrobić duży krok naprzód- sprzątam. Ale nie tak, że kurze zetrę i podłogę zamiotę, tylko uprawiam sprzątanie level master. Wchodzę w każdy kąt, wyrzucam wszystkie rzeczy z szaf, szafek i szafeczek, wywracam dom niemal na drugą stronę. Każdą rzecz biorę do ręki, oglądam i pytam sama siebie czy rzeczywiście jest mi potrzebna. I wyrzucam. Wyrzucam na potęgę. Czasochłonne zajęcie, bo nie da się zrobić tego w ciągu jednego dnia, ale bardzo uwalniające.

7. Spa we własnej łazience.

Nic tak nie poprawia nastroju, jak godzina w łazience tylko dla mnie. Jest coś uzdrawiającego w tych wszystkich pachnących kolorowych pudełeczkach, słoiczkach i tubeczkach. I nawet jeśli wiem, że często działają jak placebo, bo jakoś wcale lepiej nie wyglądam po tej godzinnej łazienkowej sesji, to i tak to lubię- choćby za to, że robią mi dobrze na głowę. Peeling ciała i twarzy, balsam do ciała, maseczka na twarz, maska na włosy, krem na pięty, łokcie i paznokcie, serum pod oczy, na powieki i rzęsy, jedwab na końcówki, kolagen na usta.... wiesz o czym mówię.

8. Zakupy, czyli kolejna staroć w moim domu.
Tak, jestem typową babą i kocham zakupy. Torebki, szminki i lakiery do paznokci kupuję jednak tylko wtedy, kiedy muszę. Nie mam fioła na tym punkcie. Nie umawiam się z psiapsiółami na szoping. Zakupy, które najbardziej mnie relaksują, to kupowanie staroci. Uwielbiam antykwariaty, giełdy staroci i pchle targi. Bardzo żałuję, że nie ma u nas wyprzedaży garażowych. Podejrzewam, że byłabym stałym gościem. Jeśli aktualnie nie mam funduszy na zakupy, a zdarza się to nader często, radość sprawia mi samo oglądanie i chłonięcie tego retro klimatu. No kocham jak cholera.

9. Planszówki

Przyjemność, o której zapomniałam na długo, na zdecydowanie ZBYT długo. Nie takie stukanie pionkami po planszy, żaden chińczyk czy warcaby. Lubię wielowątkowe, wciągające na długie godziny gry przygodowe z ciekawą fabułą. Jeszcze pamiętam, jak mój pokój był centrum spotkań maniaków planszówek. Pamiętam te emocje i śmiechy do później nocy. Potem pojawiły się dzieci i zapomniałam, jaka to może być fajna rozrywka. Bardzo chciałabym, żeby moje córki złapały bakcyla. Czas najwyższy uzupełnić zapasy gier i zacząć grać. To jest o wiele ciekawsze niż jakieś bezduszne pukanie w kulki na fb (kojarzysz? mam wrażenie, że wszyscy teraz w te fejsbukowe kulki naparzają).

10. Przytulanie. 

Jeśli akurat nie masz męskiego ramienia gotowego służyć przytulasową terapią, miętol kota, psa, swoją mamę, przyjaciółkę, dzieci.... Czy wiesz, że regularne przytulanie obniża poziom stresu, rozluźnia napięte mięśnie i  wygładza rysy twarzy? Tyle dobrego! Najbardziej lubię obłożyć się moimi dziećmi z obu stron (akurat tyle mam. ha. ha. ha. taki żarcik) i dusić tak długo, jak długo mi na to pozwalają. Zazwyczaj trwa to jakieś 5 minut, w porywach do 6, ale dobre i to. :)

A Tobie co poprawia nastrój? 

sobota, 15 lipca 2017

bunt dwulatka. czyli jazda bez trzymanki part. 2.

Dzisiejszy post sponsorowany jest przez takie małe kudłate biegające od dobrej godziny po pokoju z gołym tyłkiem i rozczochranym włosem, bo ani założenie majtów, ani uczesanie kudłów nie mieści się w jej idee fixe na dzień dzisiejszy. Niczym chomik na speedzie lata mi toto przed nosem w tę i wewtę, w tę i wewnę... i zastanawiam się tylko, kiedy (i czy w ogóle) jej się to latanie znudzi.


ZACZĘŁO SIĘ, PROSZĘ JA CIEBIE.

Tak więc oficjalnie mogę odtrąbić inaugurację buntu dwulatka w naszym domu. Przechodziłam już go jeden raz, to przejdę i drugi. To znaczy nie ja, tylko moja starsza córka przechodziła, żeby była jasność. Ja swój mam daawno za sobą i podobno przeszłam go bezobjawowo. Bo ja generalnie grzecznym dzieckiem byłam, tak twierdzi moja mama, nie to co te dwie bździągwy... córki znaczy się moje rodzone. Patrząc na to, co wyprawia teraz młodsza, dochodzę do wniosku, że starsza zafundowała nam bunt w wersji soft. Oszczędziła nam atrakcji w postaci rzucania się na ziemię i walenia głową w podłogę, dantejskich scen w sklepach, darcia się aż do bezdechu i tym podobnych przyjemności... Młodsza od samego niemal poczęcia wszystko robi z rozmachem. Trudna ciąża, jeszcze trudniejszy poród, pierwsze miesiące życia, kiedy to karetka odwoziła nas do szpitala, bo mała cholera przestawała oddychać, ząbkowanie na ibumie i nieprzespanych nocach... to i w bunt dwulatka trzeba wejść z przytupem, a co! Borze szumiący, daj mi siły...

DWULATKI TO TAKIE DZIWNE STWORZENIA.

Niecały metr człowieka pełnego skrajnych emocji. 15 kilogramów słodyczy w kondensacji. Jednym spojrzeniem wielkich oczu a'la kot ze Shreka potrafi zmiękczyć każde serce, żeby za chwilę tymi samymi oczyskami spiorunować wzrokiem tak, że w pięty idzie. W jednej sekundzie potrafi zaserwować otoczeniu jazdę bez trzymanki, prawdziwą sinusoidę emocji godną rasowego schizofrenika. Płynnie przechodzi od euforii, w której wydaje mu się, że jest cholerną wróżką z brokatowymi skrzydłami i co to w ogóle za problem machnąć różdżką i sfrunąć z kanapy.. do stanów depresyjnych połączonych ze skłonnościami morderczymi, które najczęściej kierowane są w stronę rodziców, ewentualnie starszej siostry bądź podwórkowego kota. Regularnie przejawia chęć samounicestwienia zaczynając dzień i kończąc próbą samodzielnego zjechania z pierwszego piętra na brzuchu główką w dół. Potrzebuje dwóch sekund na przejście z osobowości tyrana- dyktatora, który jest przekonany, że może władać całym światem, a już na pewno tymi najostrzejszymi nożami z kuchni, do osobowości ofiary losu, zaryczanej kupki nieszczęścia, lamentującej i wznoszącej olaboga do nieba, bo piesek na ulicy nie dał się pogłaskać na ten przykład. Dwulatki to takie dziwne stworzenia, które jednocześnie obezwładniają swoim dzidziusiostwem, kciukiem w buzi i pierwszymi, nieporadnie jeszcze wypowiadanymi zdaniami, i wkurzają do granic możliwości drąc się na takich wysokich rejestrach, że szyby w oknach pękają. Chcą udawać dorosłych, mimo że pampers nadal dynda im między nogami.

ROZMAZANA PLAMA.

Dwulatek tkwiący w bezruchu i w totalnej ciszy dłużej niż 30 sekund ma najprawdopodobniej bardzo wysoką gorączkę lub jest starszy niż twierdzi jego matka. Wiesz, jakich zdjęć moich dwuletnich córek mam w albumie najwięcej? Rozmazana plama. Albo kawałek nogi, bo reszta zdążyła już spierniczyć z kadru. Na sam dźwięk słowa stój, poczekaj, za chwilę dwulatek dostaje rozpędu, jakby wciśnięto mu jakoś magiczny guziczek, i leci gdzie oczy poniosą. A poniosą zazwyczaj nie tam, gdzie trzeba, na stół jakiś czy inne krzesło... i wraca ci taki mały uciekinier zaryczany, z guzem na czole, pełen pretensji, że go nie zatrzymałaś. Więc tulisz, głaszczesz i pocieszasz, a potem i tak dostajesz po głowie, bo tulisz, głaszczesz i pocieszasz o dwie sekundy za długo. Tak, dwulatki to najdziwniejsze stworzenia na świecie. Upierdliwe, wkurzające, rozchwiane emocjonalnie i marudne, a człowiek dałby się za nie pokroić ;) Gdzie tu logika? ;)

JAK TO OGARNĄĆ?

Nie jestem ekspertem ani psychologiem, jestem mamą, która przechodzi bunt dwulatka po raz drugi, więc coś tam wiem. A skoro wiem, to się podzielę. Może się przyda jakiejś matce na krawędzi załamania nerwowego, która ma w domu takiego małego buntownika i zastanawia się, czy udusić go z miłości, czy udusić po to, żeby się go pozbyć ;)

1. Trzeba zrozumieć. Ono nie robi tego, bo Ciebie nie kocha, nie lubi, chce Cię wkurzyć, wykończyć, dobić (niepotrzebne skreślić). Nadal jesteś dla niego najważniejsza na świecie. Ono samo nie wie, co się z nim dzieje. Męczy się ze swoimi rozszalałymi emocjami, jest mu źle. Jego łzy są prawdziwe, ono naprawdę w tym momencie cierpi z powodu tego pękniętego balonika czy krzywo narysowanego kółeczka. Nie bagatelizuj jego łez, nie mów, że przecież nic się nie stało. Dla niego się stało i już.

2. Pozwól mu się wykrzyczeć, wypłakać, wyzłościć. Pozwól porzucać zabawkami. Niech da upust emocjom. Nie tłum jego ataków złości za wszelką cenę. Nie zostanie w przyszłości terrorystą, jeśli raz na jakiś czas odpuścisz. Wiem, że to trudne patrzeć jak dziecko histeryzuje, ale pociesz się tym, że się wywrzeszczy, wytupie nogami i znowu będzie ok.

3. Jasno wytyczone granice to błogosławieństwo i niech Ci nawet do głowy nie przyjdzie, że dwulatek jest za mały na reguły. Dziecko lubi wiedzieć co wolno, a czego nie, bo wtedy czuje się bezpiecznie. Więc jeśli nie rysujemy po meblach, to nie rysujemy. Jeśli nie oglądamy bajek przy posiłkach, to nie oglądamy. Jeśli nie wyrywamy stron z książek, to nie wyrywamy. Bez wyjątku.

4. Twój spokój może zdziałać cuda. Nie nakręcaj dziecka dodatkowo swoimi negatywnymi emocjami. Nawet, jeśli wszystko w środku krzyczy, musisz zachować spokój. Nie denerwuj się i nie odpowiadaj krzykiem na krzyk, bo to nie prowadzi do wyciszenia, a jedynie dodatkowo podsyca nerwową atmosferę. Jeśli dziecko zobaczy, że rodzice są spokojni i wyciszeni, samo również będzie się uspokajało.

5. Chwal! Chwal do przesady. Za wszystko. Za to, że ładnie zjadło obiadek, za to, że założyło bez grymaszenia buciki, za to, że odłożyło zabawki na półkę. Jestem zwolenniczką częstego chwalenia. U moich dziewczyn to się sprawdza- im częściej chwalę, tym mniej muszę karać.

I przede wszystkim...pamiętaj, że to minie ;) Wdech, wydech, wdech, wydech...


czwartek, 13 lipca 2017

tylko kochaj.

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma rzekami żyła sobie pewna zarozumiała dwudziestka... A właściwie nie tak dawno i nie tak daleko jak mi się teraz wydaje. Ot 10 lat może minęło albo coś koło tego. Otóż nie tak dawno temu byłam przekonana, że moja prawda jest najmojsza i że pozjadałam wszystkie rozumy i że dwadzieścia lat to optymalny wiek na osiągnięcie mądrości życiowej na miarę Buddy i Dalajlamy razem wziętych. Taka fuzja, rozumiesz, w mojej osobie się objawiła. Myślałam, że doskonale wiem, co jest właściwe i  jak należy postępować. W swoim zadufaniu byłam gotowa bić się do upadłego i kłócić z każdym, kto myślał inaczej niż ja. Niczym ten koń w kopalni, cholerny Łysek, z klapkami na oczach, widziałam tylko jeden kierunek. Swój.  Laska drąca się w megafon na czele pochodu, dzierżąca w dłoni prześcieradło z wymalowanym hasłem przewodnim to właśnie byłam ja. Podejrzewam, że gdybym nie zmądrzała na czas, byłabym dzisiaj trzydziestoparoletnim radykałem, który organizuje manify i pluje na każdego, kto ma czelność myśleć inaczej.

Przeszło mi. To znaczy wróć. Nie tyle przeszło, co życie nauczyło mnie pokory i tolerancji. Dostałam parę razy mocno tam, gdzie plecy mają swój koniec i w trymiga zmieniła mi się optyka. Bo, wiesz, to jest tak, że najwięcej do powiedzenia mają ludzie, których rzeczony temat najmniej dotyczy. Zauważyłaś to? To jakiś fenomen, jak babcię klapkiem! Księża radzą w sprawie seksu. Bezdzietne pouczają matki. Singielki są ekspertkami od związków. Karmiące piersią utyskują na karmiące butelką. Faceci po 60-tce decydują o mojej macicy.  Ju noł łot aj min. A mnie się już nie chce. Serio. Ja już się poszarpałam, powalczyłam i zbłaźniłam się wystarczająco w tym swoim zaściankowym myśleniu. Niech teraz inni się błaźnią. Dziękuję, ja postoję. I popatrzę. Dlatego nie lubię, nienawidzę wręcz, być wciągana w jakiekolwiek wojenki podjazdowe, nie lubię znaleźć się nagle w samym centralnie środku zażartej dyskusji między samozwańczym Buddą a zdeklarowanym Dalajlamą. A od cholery ich teraz się namnożyło... Najbardziej, tak najbardziusiej nie znoszę, kiedy wciskają mi megafon, który dawno temu wyciepałam na śmieci, i każą prowadzić pochód. No nie chce mi się jak jasna cholera wytykać innym błędy, które tylko z moim subiektywnym odczucia są błędami, bo kim ja niby jestem, żeby to robić?? Swoje wojny zakończyłam, podpisałam rozejm i tyle.

Niech sobie inni walczą o jedynie słuszną metodę usypiania dzieci, wychowanie bezstresowe, półstresowe czy hardkorowo stresowe. O zdrową żywność w szkolnych sklepikach. O moralny aspekt istnienia tychże sklepików. O zajęcia dodatkowe lub ich totalny brak. O idealną różnicę wieku między rodzeństwem. O sens posiadania rodzeństwa w ogóle. O to czy kariera, czy macierzyństwo, czy może jedno i drugie. O wyższość jogurtu naturalnego nad danonkiem. O wyższość karmienia piersią nad mlekiem w proszku... O tym karmieniu piersią to już w ogóle... Nagonka jakaś na te mamy butelkowe. Że wyrodne. Że egoistki. Że cycek dla nich ważniejszy niż dziecko. A ja stoję w pięknym rozkroku, bo pierwsza od początku na butli, a druga do dzisiaj na piersi. I ani myślę dołączać do któregoś z obozów. Wiem, że każda mama (normalna, zdrowa matka) chce dla swojego dziecka jak najlepiej, pokroić by się za nie dała i jeszcze solą posypała, jakby trzeba było, i rzucać w nią kamieniami tylko dlatego, że wraz z miłością, oddaniem i poświęceniem podaje małemu proszek zmieszany z wodą... Proszę, serio ktoś może tak generalizować? Głupio pytam. Może. Bardzo może.

Przychodzi toto takie małe na świat, bezbronne takie i zdane na swoją mamę. I ta mama dla niego wszystko. I kolorowe ręczniki z miękkiej bawełenki, i śpioszki mięciutkie bez guziczków na plecach żeby nie uwierały, i kocyki z muślinu, i wózek wygodny. I silne ramiona, które będą nosić całą noc, mimo zmęczenia. I cierpliwość w chorobie, i czułość, i spokój, i bezpieczny świat. I ta mama, dla której dziecko najważniejsze na świecie jest, dostaje po głowie, bo butelkę podaje... A niech sobie każdy robi co chce! Macham ze złością ręką, jakbym się oganiała od natrętnej muchy, za każdym razem, kiedy wciągana jestem w wojenkę, a już najmocniej irytują mnie te przepychanki mama kontra mama. Chcesz, to sobie tam z tym dzieckiem potańcuj, pohasaj, na balet z nim idź. A jak nie chcesz, to pół soboty przeleż z nim w łóżku i smerfy naparzajcie. Jak chcesz, to ugotuj obiad z trzech dań z deserem z kaszy jaglanej i szejkiem z jarmużu. A jak nie chcesz, to zamów pizzę. Familiną koniecznie i z podwójnym serem. Też będzie ok. Jak chcesz, to podawaj tylko jogurty naturalne, bio najlepiej z mleka od eko krów, co to tylko eko trawkę spożywają, a jak nie chcesz, to danonka zapodaj i niech popije kubusiem. Jak chcesz, to zabierz do zoo i opowiedz, że "o, żyrafa! słoń i wielbłąd", a jak nie chcesz to kotka na podwórku podglądajcie. Jak chcesz, to powiedz, że misiaczek słodki, perełeczka i skarbuś mamusi najkochańszy, a jak nie chcesz, to wrzaśnij, że cicho, bo zaraz zwariujesz.

Tylko kochaj. Zawsze.

wtorek, 11 lipca 2017

o marzeniach.

Z tymi marzeniami to jest tak, że trzeba na nie bardzo uważać. Czasami mają to do siebie, że lubią się złośliwie spełniać. I to z całym dobrodziejstwem inwentarza, jaki za sobą niosą.

Każdy ma inne marzenia, ale łączy nas jedno. Teraźniejszość traci kolory w oczekiwaniu na spełnienie. Teraźniejszość wydaje się tylko poczekalnią, bo to prawdziwe, kolorowe, uśmiechnięte życie zacznie się dopiero wtedy, kiedy spełnią się wszystkie marzenia. Wtedy to łoooo będzie dopiero życie! O czym marzysz? Ja mam tak wiele marzeń, planów i projektów do zrealizowania, że czasami mam wrażenie, że głowa mi od nich eksploduje. zapisuję to wszystko na milionie karteczek i lata mi potem ta makulatura gdzie popadnie. Kalendarz mój wygląda po pół roku używania jakby to był co najmniej koniec grudnia. Bo to co zapisane musi się wydarzyć, ma inną moc. Zapamiętać- kupić ładny notes! No ileż można bazgrolić na skrawkach papieru!

Marzysz o dzieciach, rodzinie i już widzisz siebie uśmiechniętą tym jedynym matczynym uśmiechem, nieporównywalnym z żadnym innym uśmiechem, wypełnioną szczęściem i spokojem, pochylającą się nad idealnie dobraną kolorystycznie do ścian kołyską Widzisz siebie piekącą co rano orkiszowe bułeczki dla dzieci, czytającą tylko mądre i wartościowe bajki. A telewizora to już w ogóle nie będziesz włączać, co to to nie!.... tymczasem dzieci to kolki, nieprzespane noce, ząbkowanie i kupa w majtach w najmniej spodziewanym momencie (zazwyczaj wtedy, kiedy właśnie nieletnie stworzenie wstało z nocnika i zdążyłaś założyć czyste odzienie). Marzenie się spełniło, a czy Ty jesteś spełniona? Czy nie jest tak, że sama pogoń za marzeniem cieszyła bardziej, niż jego spełnienie?

Marzysz o dalekich podróżach, ciepłym oceanie, białym piasku i palmach nad głową. O skąpym bikini naciągniętym na szczupłe, jędrne ciało i o brązowej opaleniźnie na swoich białych jak mąka nogach. Odkładasz każdy grosz, odmawiasz sobie kolejnej kawy na mieście, odmawiasz sobie nawet ciepłej pachnącej jak wakacje u babci na wsi drożdżówki i w końcu jedziesz. I co? Jakoś tak... jak nad polskim morzem w sumie. Marzenie odhaczone, misja wykonana, powinien być szał, upojenie i full entuzjazm, a tymczasem w bikini i tak się nie wbiłaś, bo wstydziłaś się swoich wałeczków tak samo jak u cioci Heli w ogródku- notabene zupełny nonsens; palmy nie szumiały tak jak myślałaś, a piasek nie był tak biały, jak obiecywali w katalogu podróży. Wróciłaś co prawda z opalonymi nogami, ale nadal czujesz pustkę. Dlaczego? Co poszło nie tak?

Marzysz o wielkiej miłości. Marzysz o miłości życia, o księciu z bajki, rycerzu na białym koniu, który przyjedzie i uratuje z tej twojej wieży, z bezsensu, marazmu, beznadziei. I on się pojawia. I ratuje. I patrzycie sobie w oczy niczym te gołąbki, ale nadal czujesz się beznadziejnie i niepewnie, mimo tego Jego obok. Dlaczego, przecież marzenie spełnione, czyż nie?

Marzysz o zrzuceniu 20 kilogramów. Chowasz się w swetrach- namiotach, wieczorami, kiedy wszyscy znajomi wychodzą na miasto, ty siedzisz w domu przed tv i jesz kolejną miskę lodów. Połykasz łzy i obiecujesz sobie, że od jutra to już dieta. Dieta i szpile, i kiecka obcisła. I chudniesz, jesteś laską jak z vogua co najmniej. I co? I nadal wolisz chodzić w tenisówkach, i nadal nie lubisz swego odbicia. Marzenie spełnione, więc co jest nie tak? Co nie zagrało?

Marzysz o czasie dla siebie. Żeby te dzieciaki już poszły do szkół i fabryk! Żeby mieć chwilę na wypicie ciepłej kawy, żeby przespać całą noc i samej do kina się wybrać wreszcie. I to się dzieje, prędzej czy później ale się dzieje, i masz ten czas, to kino i tę ciepłą kawę. Uśmiech radości zastyga na twarzy, bo to nie to jednak. Nie o to chodziło. Nie tak miało być. Gdzie ta radość, spełnienie i tańce na stole? Jest pustka.

Bo z tymi marzeniami to trzeba uważać. A nuż się spełnią i co wtedy. To nie tak, że nie ma po co marzyć, że to głupota jest, bo zawsze wyjdzie na opak. Nie, zupełnie nie. Ale marzenia trzeba dozować jak dobrą wódkę. Po trochu, inaczej boli głowa i jest paw na drugi dzień.

Znam takich, którzy żyją od marzenia do marzenia. Spełniają je od tych najmniejszych do największych, mimo że wymaga to dużo czasu i środków. Schemat jest zawsze ten sam- marzenie- ekscytacja- realizacja- zjazd- depresja- nowe marzenie- ekscytacja itd... Każde nowe marzenie daje nadzieję, że szczęście wreszcie przyjdzie i już niczego więcej nie będzie potrzeba. Że nareszcie będzie dobrze. Będzie spełnienie. Będzie zen, hygge i fengsiu też będzie.

Ale nie będzie. Sorry batory, ale nadal będziesz wpadać w depresję za każdym razem, kiedy spełnienie kolejnego marzenia nie przyniesie ukojenia (i nawet nie czuję, że rymuje;) ). Wiesz dlaczego? Bo tak długo, jak długo nie dostrzeżesz piękna w teraźniejszości, tak długo przyszłość nie będzie cię cieszyć. Jeśli nie zauważysz codziennych małych cudów, te duże nie zrobią na tobie najmniejszego wrażenia. Jeśli nie pogodzisz się sama ze sobą, nigdy nie będzie ci dobrze. Spełnione marzenia są cudowne, serio tak uważam, to najlepsze co może nam się w życiu zdarzyć, ale pod warunkiem, że to co jest TERAZ też cię cieszy, a kolejne spełnione marzenie dopełnia Twoje obecne szczęście.

A ja sobie marzę o drewnianym domu pod lasem gdzieś na Mazurach albo ewentualnie nad morzem, ale nie w kurorcie jakimś, tylko w zapadłej wiosce rybackiej (są jeszcze takie? takie z łodziami drewnianymi, chatami rybackimi i sieciami rzucanymi o 4 rano?) Marzy mi się stado sarenek czy innych bażantów wykradających mi moje własnymi rękami wyhodowane marchewki z ogródka. Marzy mi się błoto na drodze, bujany fotel na werandzie, święty spokój i dobre łącze internetowe, żeby na to wszystko zarobić ;) No marzy mi się jak diabli.

Ale ja wiem, że w tym drewnianym domu, z cholernym bażantem- złodziejem, z tymi nadżartymi marchewkami i w cholerę dobrym łączem będę nadal tym kim jestem teraz. W tym bujanym fotelu bujać się będą ze mną wszystkie moje lęki, kompleksy i tęsknoty.

Jest 6  rano. Ptaki napierniczają jak dzikie. Dzieci śpią. Woda bulgocze na piecyku. Czajnik robi cichutkie klik. Zaraz napiję się herbaty w moim ulubionym kubku. Podrapię kota za uchem, żeby zrobił mrr. Otworzę szeroko okno i wpuszczę pierwsze ciepłe promienie słońca. Wezmę głęboki wdech i poczuję jak pachnie świat o 6 rano w poniedziałek. Jest dobrze.

poniedziałek, 10 lipca 2017

copywriting subiektywnie.

* Tekst powstał dla portalu polki.pl.



Copywriting dla kobiet- krótki przewodnik.

    Ktoś kiedyś mi powiedział, że taka praca to żadna praca. Przecież nie wstaję o 5 rano, żeby na 7 dojechać do biura. Nie wkładam czarnej garsonki ani wysokich szpilek i nie czeszę włosów w koczek. Nie pakuję jedzenia w małe pudełeczka, żeby w czasie przerwy na lunch wymienić z koleżanką przepisy na kaszę bulgur. Nie biegnę po pracy z obłędem w oczach po dzieci do szkół i przedszkoli i nie marzę o sobocie, żeby się wreszcie wyspać. Nie robię tego wszystkiego, więc co ja wiem o prawdziwej pracy. Zdarzają się i tacy, którzy uśmiechają się pod nosem z pobłażliwym politowaniem, kiedy mówię, że pracuję jako copywriter. Że jako kto, przepraszam? Dasz wiarę, że jedna z moich znajomych myślała, że copywriting to nielegalne kopiowanie treści z netu?? Jeszcze kilkanaście lat temu mało kto w Polsce słyszał o copywritingu. Dzisiaj ta dziedzina dość prężnie się rozrasta.

 Jak to się stało, że zostałam copywriterem?

    Nie planowałam tego. Kilka lat pracowałam w lokalnych gazetach na przeróżnych stanowiskach. Zaliczyłam posadę gońca, czym wyrobiłam sobie nieliche kontakty we wszystkich możliwych urzędach w moim mieście- co też przydało się, kiedy awansowałam na stanowisko researchera. Google do dzisiaj nie ma przede mną tajemnic, znajdę wszystko i dotrę wszędzie- to akurat przydaję się bardzo w mojej obecnej działalności. Później robiłam to, co lubię robić najbardziej, czyli pisałam. Jednak zmienił się właściciel gazety, a co za tym idzie zmiany dotknęły każdy szczebel redakcyjny. Poleciałam, w ramach szeroko pojętych cięć kosztów. Najpierw był dół, potem intensywne szukanie pracy, jednak albo nie chcieli mnie tam, gdzie ja chciałam pracować, albo chcieli mnie, ale ja nie chciałam, wiesz jak to jest. Ktoś zaproponował mi korektę pracy magisterskiej, wyszło ok, więc ta osoba poleciła mnie drugiej osobie. Ta też była zadowolona i tak poszło. Reakcja łańcuchowa, wiesz. Zaczynałam od drobnicy; jakieś korekty, krótkie teksty reklamowe, precle, których nienawidzę po dziś dzień ;) Dzisiaj zajmuję się właściwie wszystkim, co ma związek ze słowem pisanym. Artykuły do babskich portali, teksty na blogi (nie tylko na swój ;) ), e-booki, korekty, opowiadania, bajki, teksty sprzedażowe..... Jestem freelancerem, to znaczy, że nie mam stałej umowy o pracę, realizuję projekty na zlecenie.

Kto to właściwie jest copywriter?

    Ciężko znaleźć polski zamiennik słowa copywriter. Dziennikarz nie, pisarz nie... Może tekściarz? Jakoś dziwnie brzmi, ale niech będzie. Powiedzmy, że jest to osoba, która zawodowo zajmuje się słowem pisanym. Copywriter jest autorem tekstów reklamowych wykorzystywanych w prasie, radiu i tv, na bilboardach i ulotkach, ale nie tylko- to zazwyczaj on jest autorem spamu reklamowego, który zawala Ci skrzynkę ;) Jeśli chcesz zostać właścicielem poczytnego bloga, ale za chiny ludowe nie umiesz pisać, możesz wynająć sobie tekściarza, który jako ghost writter będzie pisał za Ciebie teksty. Tak samo jest z e-bookami, książkami czy opowiadaniami dla dzieci/ dorosłych. Copywriter napisze to wszystko za Ciebie, a potem sprzeda Ci prawa autorskie- za odpowiednią sumę oczywiście :)

Czy copywriter i freelancer to to samo?

    Nie.  Freelancer to według wielu osób ktoś, kto zaczyna pracę w południe i przesiaduje w kawiarni ;) A tak poważnie, freelancer to osoba, która nie posiada stałej umowy o pracę na czas nieokreślony, a wykonuje pracę na czasową umowę o dzieło/ zlecenie. Jest wolnym strzelcem, czyli sam decyduje czy wchodzi w daną robotę, czy odpuszcza. Freelance może dotyczyć wielu dziedzin, nie tylko copywritingu. Możesz być freelancerem szyjącym zabawki dla dzieci, możesz być freelancerem tworzącym muzykę lub freelancerem ilustrującym komiksy. Wreszcie możesz być freelancerem zajmującym się copywritingiem, ale możesz również być copywriterem z podpisaną umową na stałe, chociaż ja osobiście o takich nie słyszałam ;)

Jakie cechy oraz umiejętności trzeba mieć, żeby zostać copywriterem?

    Mówią, że to "coś" trzeba po prostu mieć. Mówią, że nie nauczysz się zawodu i że jeśli nie masz tej iskry, to sobie nie poradzisz. Fakt. Jeśli nie masz talentu literackiego, jeśli nie potrafisz bawić się słowem, jeśli sadzisz błąd na błędzie, a interpunkcję masz w głębokim poważaniu- jesteś spalony już na starcie. Na pewno studia polonistyczne lub dziennikarskie dają niezłą podstawę, ale i bez nich możesz być świetnym tekściarzem. Najlepszą szkołą jest praktyka, ciągła praca i uczenie się na własnych błędach. Niezbędna jest wiedza z zakresu reklamy i marketingu, jak również podstawy psychologii reklamy i zachowań klientów. Spokojnie, nie musisz od razu kończyć kilku kierunków studiów, na rynku jest teraz cała masa książek czy też blogów traktujących o ww zagadnieniach- czytaj, ucz się, rób notatki i pisz, pisz, pisz... Copywriter spędza często długie godziny nad kartką papieru lub/i laptopem, więc cierpliwość, kreatywność i pomysłowość bardzo się liczą. Pamiętaj, że nikt nie zechce pracować z rutyniarzem, który to samo proponuje każdemu klientowi. Bądź na bieżąco; jeśli chcesz być najlepszy musisz wiedzieć co w trawie piszczy, podpatrywać różne środowiska, znać żargon jakim posługują się młodzi japiszoni, a jakim siostry zakonne, bo nigdy nie wiesz kto stanie się Twoją grupą docelową. Może przyjdzie Ci pisać tekst reklamujący materiał na habity? Who knows.

Ile zarabia copywriter?

    O i tu dochodzimy do ściany. Jak ognia unikam podawania nawet przykładowych widełek cenowych. Tak samo zresztą, kiedy zgłasza się do mnie klient z pytaniem- Droga pani, za ile strona tekstu? Zawsze wtedy zapraszam do indywidualnej wyceny zlecenia. Teksty mogą być tak różne, że wycena waha się od 10zł do kilku setek za całość. Chociaż znam takich, co to i 1000zł inkasują za tekst, ale to masterzy i mnie do nich jeszcze daleeeeeko... Wszystko zależy od tego, czy chodzi nam tu o wysokiej jakości content marketingowy, tekst ekspercki, poradnikowy, niosący wartość dla czytelnika, czy raczej lekkie teksty preclowe, zapleczowe, pisane wyłącznie pod SEO, takie które możesz stworzyć jednym okiem oglądając "M jak miłość", drugim okiem czytając książkę, trzecim okiem doglądając dziecka, a one i tak będą ok. Taka specyfikacja jest jednak wciąż zbyt mało szczegółowa, bo jeśli komuś brakuje dobrego tekstu na bloga parentingowego (z całym szacunkiem), to cena za taki tekst może być nieporównywalnie niska do ceny tekstu branżowego, np. z dziedziny materiałoznawstwa - żeby nie był za łatwo.

Ok, chcę zostać copywriterem, jak zacząć?

    Od nauki. Tak jak pisałam wcześniej przejrzyj kilka blogów traktujących o copywritingu (np. mój hłe hłe ;) ), przeczytaj kilka książek z zakresu marketingu i psychologii reklamy. Stwórz kilka przykładowych tekstów, żebyś miała co pokazać potencjalnemu klientowi- z doświadczenia wiem, że prawie zawsze pytają o portfolio. Nie polecam zaczynać z wysokiego C, czyli od zakładania działalności gospodarczej, to zostaw na później, bo koszty prowadzenia firmy zjedzą Cię do ostatniego okruszka. Przekroczą na początku Twoje przychody mówiąc krótko. W internecie pełno jest stron, na których można podłapać zlecenia typu- korekta pracy, korekta artykułu, post na bloga, precle itd. Wpisz w Google, nie będę tu reklamy uskuteczniała ;) Zacznij od drobnicy, żeby nabrać doświadczenia, a potem heja! wypłyń na szerokie wody! Dobra, poniosło mnie, może najpierw wypłyń na facebook'a i ogłoś wśród znajomych, że piszesz teksty, dołącz do tekściarskich grup i, co najważniejsze, bądź świadoma, że żeby zarabiać kilka setek na artykule, musisz zacząć od 10 złotych ;)

Jakie są plusy i minusy pracy zdalnej/ na własny rachunek?

Plusy:

+ masz nienormowany czas pracy, sama decydujesz czy chcesz pracować o 5 rano, o 12 w południe, czy o 23 w nocy; sama decydujesz czy pracujesz 24h na dobę, czy dziś odpuszczasz i jedziesz na wieś
+ nie masz nad sobą szefa despoty, na widok którego żołądek tańczy polkę galopkę a ręce latają jak w delirce, sama sobie jesteś sterem i okrętem
+ komfort psychiczny matki polki pracującej, czyli nie musisz kombinować skąd wziąć do diaska kolejne L4, nie musisz tłumaczyć się, że znowu nie będzie Cię w pracy, bo dziecko chore
+ wyjmiesz tyle, ile włożysz, tzn. że tylko od Ciebie zależy ile zarobisz; możesz wziąć 10 zleceń naraz (powodzenia ;) i zarobić łohoho i jeszcze więcej, a możesz przyjąć tylko jedno i zarobić mniej. Ty decydujesz.
+ możesz pracować z maseczką na buzi a'la żona Shreka i nic nikomu do tego, możesz zakładać do roboty ulubione dresy i robić przerwę na kawę, kiedy tylko chcesz
+ jesteś panią swojego czasu, dysponujesz nim wedle Twojego uznania

Minusy:

- nienormowany czas pracy może stać się Twoim przekleństwem; masz wrażenie, że do oddania zlecenia jest jeszcze tyyyle czasu, że zdążysz, że dzisiaj nie będziesz pracować, jutro też nie, bo przecież ogarniesz.... i nagle okazuje się, że jutro masz deadline, a tekst nie gotowy- przerabiałam, odrobiłam lekcję, już tak nie robię ;)
- sama sobie jesteś szefem, a to znaczy że musisz być w cholerę zorganizowana, skupiona na zleceniu i sumienna, bo nikt nie będzie Ci o niczym przypominał, a ewentualne cięgi zbierzesz Ty i tylko Ty
- brak komfortu psychicznego matki polki.... dziecko chore, nieodkładalne totalnie, uwieszone maminej szyi, a Ty masz przecież robotę, terminy gonią; albo gorzej- Ty chora! gorączka 40 stopni, ale pracować trzeba, bo zleceniodawcę guzik obchodzi, że zdychasz- absolutny brak L4 w tej robocie...
- zarobisz tyle, na ile zapracujesz, a to znaczy, że nie wiesz ile dokładnie cyferek zasili Twoje konto na koniec miesiąca; nie masz stałej pensji, która regularnie wpada do kieszenie; czasami zarobisz tyle, że starczy na 3 miesiące życia, a czasami musisz pożyczyć od rodziców...

I co, wchodzisz w to? :)

sobota, 8 lipca 2017

sąsiedzi.

W dzisiejszych czasach trudno o dobrych sąsiadów. A dobry sąsiad to prawdziwy skarb. Zawsze na posterunku. Czujny. I domu przypilnuje, kiedy wyjeżdżasz na wakacje, i kwiatki podleje,co byś suchych badyli po powrocie z tych Teneryf i innych Kanarów nie zastała, i podejrzanych łobuzów co to się na krasnala ogrodowego czaili przegoni, i paczkę od kuriera odbierze, jeśli akurat trzeba. Zagada, dobrym słowem humor poprawi, nową fryzurę, której mąż nawet nie raczył zaszczycić spojrzeniem skomplementuje, najświeższe plotki dostarczy. A kiedy ci szklanki cukru zabraknie, pożyczy nawet dwie. I drożdżówkę, co to żona dopiero upiekła, dołoży. Tak. Warto mieć dobrego sąsiada. Zdecydowanie.

My też mamy sąsiadów. I to jakich!
Najbliżsi nasi sąsiedzi mieszkają nad nami. Tak z 1/4 piętra nad nami mieszkają. Niewielka to odległość. Ojca tam praktycznie nie widać,  może tylko przeleciał mi przed oczami i nawet dzień dobry nie powiedział. Buc. Za to matka ciągle lata tam i z powrotem. Tam i z powrotem po kilkadziesiąt razy dziennie i same dzieciaki zostawia, dasz wiarę? A tam trójka drobiazgu jest. Była czwórka, ale z jednym coś się stało... Nie widujemy już tego czwartego dzieciaczka. Nie wiadomo co się dokładnie wydarzyło. Możemy się tylko domyślać. Biedactwo... No ale ja o tej matce chciałam przecież. Ta matka, sąsiadka nasza znaczy się, ciągle jej nie ma. Dzieciaki siedzą same, tylko te ryjki widzę jak zadrę głowę do góry. Zagadam, ale udają, że mnie nie widzą. Pewnie matka im przykazała, żeby nie rozmawiały z nieznajomymi. Ale jaka ja tam nieznajoma? Sąsiadka z piętra niżej przecież...  Albo boją się, robaczki.

I te dzieciaki, wiesz, hałasują już od 5 rano! Dasz wiarę?! O 5 rano drą się jak opętane, jedno przez drugiego, a wrzeszczą tak, jakby je ze skóry obdzierali. No spać się przez te ich awantury nie da! Wychylam wtedy głowę z sypialni, zaspana, potargana i niczym ta baba Jaga wygrażam im pięścią, że cicho do cholery jasnej, dzieciaki mi pobudzicie! Myślisz, że coś sobie z tego robią? Jeszcze głośniej się drą... Taki to mają szacunek do swojej sąsiadki...

Czasami w nocy budzę się i słyszę dziwne chrobotanie. Leżę w tym moim łóżku i czuję, jak wszystkie włosy na rękach staję mi dęba ze strachu, bo brzmi to tak paranormalnie z lekka... W roku pokoju, tuż przy suficie takie skrob, chrup, drap... i pisk cichutki, i stukot... I ja już u progu zawału, mam ochotę wyskoczyć z łóżka po święconą wodę, kiedy przypominam sobie, że ci sąsiedzi z góry przecież... To oni tak..

Kiedyś, ze dwa razy chyba tylko, do matki zagadać próbowałam. Kiedy akurat była w domu, rozumiesz. I ja do niej w te słowa, że hej hej, jak tam? A ona łeb do góry zadarła i dupskiem się odwróciła. Nawet jednym spojrzeniem, nawet ćwiartką spojrzenia mnie nie zaszczyciła.
O i takich mamy sąsiadów. Zero dobrego wychowania.








piątek, 7 lipca 2017

do połowy pełna.

Pewien stary Indianin Cherokee nauczał swoje wnuki. Powiedział im tak:
- Wewnątrz mnie odbywa się walka. To straszna walka.

Walczą dwa wilki:
Jeden reprezentuje strach, złość, zazdrość, smutek, żal, chciwość, arogancję, użalanie się nad sobą, poczucie winy, urazę, poczucie niższości, kłamstwa, fałszywą dumę i poczucie wyższości.

Drugi to radość, zadowolenie, zgoda, pokój, miłość, nadzieja, akceptacja, chęć zrozumienia, hojność, prawda, życzliwość, współczucie i wiara.
Taka sama walka odbywa się wewnątrz was i każdej innej osoby.
Dzieci myślały o tym przez chwilę, po czym jedno z nich zapytało:
- Dziadku, a który wilk wygra?
- Ten, którego nakarmisz – odpowiedział stary Indianin."




Widzieć szklankę do połowy pełną. W każdej sytuacji. Zawsze. Wszędzie. Niezależnie od okoliczności.

Nawet nie wiesz, jakie to bywa trudne. Być tu i teraz. Nie wybiegać w przyszłość. Nie zadręczać się przeszłością. Nie martwić się tym, na co wpływu i tak nie ma.

Nie jestem urodzoną optymistką. Mam raczej tendencję do zamartwiania się na zapas, reżyserowania czarnych scenariuszy i wpadania w melancholię. Taki typ. To nie jest fajne. Zwłaszcza teraz, kiedy jestem mamą i w dużej mierze ode mnie zależy w jaki sposób moje dziewczyny będą patrzyły na świat. Dopóki byłam sama, mogłam sobie wpadać w doły i dołki do porzygu, ale teraz, kurde, mam dwa człowieki na stanie! Zależne ode mnie, wlepiające we mnie te swoje wielkie ślepia każdego dnia i chłonące jak pieruńska gąbka wszystko, co im pokazuję. A nie zawsze pokazuję im to, co chciałabym, żeby widziały...


Uczę się szczęścia. Pracuję nad sobą każdego dnia od nowa, żeby ludziom żyło się ze mną lepiej, a i mnie łatwiej i lżej będzie. To już się dzieje, wiesz? To działa. Tylko trzeba chcieć.

Kiedyś ciągle na coś czekałam. Wiosną na lato, latem na jesień, jesienią na zimę, zimą na wiosnę. Na słońce, kiedy padał deszcz. Na deszcz, kiedy świeciło słońce. Na Boże Narodzenie, kiedy trwała Wielkanoc. W środy czekałam na weekend, żeby gdzieś pojechać, w sobotę- na poniedziałek, żeby nadrobić zaległości w pracy. Czekałam aż schudnę, urosną mi paznokcie, grzywka i włosy na nogach. Zimą czekałam na pierwsze letnie pomidory, latem- na pierniczki ściągane z choinki. Czekałam na pierwszy pocałunek, randkę, na ślub i narodziny dzieci. A potem czekałam... aż skończą się kolki, ząbkowanie, nocne budzenie. Aż podrosną i będę miała czas dla siebie. Czekałam na idealny moment, żeby zrobić idealne zdjęcie. Czekałam na chwilę, która zdarzy mi się nareszcie, bo kiedyś przecież musi się zdarzyć, skoro ja tak czekam i czekam cierpliwie! To szczęście zawsze gdzieś tam się czaiło, ale jakoś nigdy nie rozgościło się na stałe.

Można umrzeć czekając na śmierć, jak to mawiała moja Babcia, a ja nigdy nie wiedziałam o co jej się rozchodzi. A jej się rozchodziło dokładnie o to samo, o co mnie się teraz rozchodzi. Tylko za głupia byłam, żeby zrozumieć. 

Na to szczęście czekałam jak na coś namacalnego, co pojawi się nagle, o czwartej po południu na przykład, jak listonosz z listem poleconym. Jak na coś, co samo przyjdzie i mnie w czoło stuknie. I oto jestem, powie. Na spokój w sercu, na pewność, że to ten moment, że wszystko jest na swoim miejscu, że nic nie muszę poprawiać.

Mnóstwo czasu zmarnowałam czekając. Nikt mi go zwróci, ale mogę zrobić co w mojej mocy, żeby już nie czekać. Może to kwestia wieku, doświadczenia, może strachu przed przemijaniem, a może poczucia odpowiedzialności za te dwie bździągwy, co to plastelinę właśnie w dywam wciskają... Może wszystkiego po trochu po prostu... ale dopiero teraz widzę wyraźnie ile mnie ominęło, kiedy ja trwałam czekając na to spełnienie, szczęście czekające tuż za rogiem. Zupełnie, jakbym zawiesiła się gdzieś pomiędzy tym co mam, a lepszą wersją mojego życia.

Zmęczyłam się sobą. 

Najważniejszym dla mnie odkryciem był fakt, że to czego się najbardziej boimy, nigdy się nie zdarza. Serio. Jak Boga kocham. Inne niefajne rzeczy się zdarzają, owszem, ale to czym zadręczałam się nie śpiąc po nocach, nie zdarzyło się nigdy. Poza tym wreszcie dotarło do mnie, że samo nic się nie zrobi. (tak, wiem, Ameryki nie odkryłam). Idealna chwila sama się nie znajdzie, szczęście i spokój nie obudzą mnie pewnego poranka śniadaniem do łóżka. Zawsze będzie coś nie tak. A to kurz na półkach, a to rozwolnienie u dzieci, pryszcz na czubku nosa, deszcz na Boże Narodzenie i śnieg w kwietniu, 5 kilo za dużo, odrosty na głowie, odpryśnięty lakier na małym palcu lewej stopy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie bardziej niż Ty. Mądrzejszy, zabawniejszy, szczuplejszy.

Narzuciłam sobie dyscyplinę w odczuwaniu szczęścia. Nigdy nie trafiało do mnie takie psychologiczne dziamdzianie (pieprzenie znaczy się), ale to, kurde blaszka, działa. Spróbuj, mówię Ci. Codziennie dzieją się cuda, jeśli tylko pozwolisz sobie je zauważyć. Moje życie jest dokładnie takie samo, jakie było rok temu, dwa lata temu. Ja jestem taka sama. Ale cuda namnożyły mi się tak, że czasami nie dowierzam.

Pierwszy łyk kawy o świcie. Wypity jeszcze z zamkniętym jednym okiem. Rozchodzi się po całym ciele i to jest przyjemność nie do pobicia. Śpiew ptaków, które o 6 rano w czerwcu na tej mojej wsi napierdzialają jak wściekłe. Gniazdo szpaków pół metra od okna mojej sypialni. Zapach świeżo skoszonej trawy. Cisza przed burzą i to powietrze chwilę po niej. Nic, tylko otwierać okna i wpuszczać do środka. Pomidory, czerwone i takie soczyste, że aż kapie po brodzie. Bose stopy mojej córki wystające spod kołdry. Piegi. Mąż, który podchodzi i mówi kocham cię, bo tak. Zielona herbata wypita w moim ulubionym kubku z kokardką na górze. Stos babskich gazet ułożonych równo obok mojego łóżka. I wolny wieczór, żeby je przejrzeć, bo dzieci wcześniej poszły spać. Małe buzie brudne od czekolady. Maseczka z błota na twarzy. Trzecia część Bridget obejrzana w spokoju bez mamo-siku-mamo-piciu. Paczka z allegro z kolejną miską do kolekcji (kiedyś pod nimi utoniemy, ale nic to). Obrazek narysowany małą łapką. Lody z polewą tiramisu w upalny dzień. Słoneczniki. Malwy. I piwonie. I to, że mam tylko pękniętą torebkę stawową. Naprawi się. Mogło być gorzej.

Mam szczęście. :)

A Ty? Którego wilka dziś nakarmisz? 


środa, 5 lipca 2017

noga!.

Pierwsze co następuje, to moja noga.

A potem długo, długo nic. Noga, kolano, orteza, bezruch, szlag mnie trafia... Czekanie aż będzie lepiej. Noga, noga, noga!! W tej mojej głowie milion myśli, zadań do zrobienia, postów do napisania. Słowa tłuką się jak głupie, tylko ja jakoś nie potrafię zebrać ich w sensowną całość. Noga, noga, noga. Boli, chrupie, wkurza. Stukam w klawiaturę wściekła jak Meserszmit na chwilę przed spuszczeniem bomby, skup się, skup się, pisz sensownie. Noga, noga, noga. Boli. Źle się przekręciłam, kurde blaszka, chrupnęło.

Zero we mnie cierpliwości, a miałam się ćwiczyć w niej przecież. Zero pokory jakiejś takiej życiowej. Noga!!! Nie umiem poprosić o pomoc. Zwykła prośba o zrobienie herbaty poprzedzona jest analizą czy jednak sama nie mogę pokulać się do kuchni i sobie zaparzyć. Głupia noga... Uziemiło mnie. Ściągnęło na glebę. Zaryłam dupskiem w żwir. Nie umiem być chora. Nie radzę sobie z byciem zależną od innych. Nie wyobrażam sobie, że kiedyś przyjdzie starość i będę musiała pogodzić się z codziennym niedomaganiem. Z zależnością od dzieci, wnuków, pielęgniarek w przytułku czy cholera wie gdzie jeszcze. Nie wyobrażam sobie, tfu tfu odpukać, choroby ciężkiej, która przykuje do łóżka. Wszystko mi się w środku skręca ze strachu przed brakiem wolności! Jedna z niewielu rzeczy na tym świecie, która mnie paraliżują ze strachu, to brak wolności, bycie zależną, zdaną na innych. Ja wiem, że pieprzę. Bo teraz mam 34 lata i męża, i rodziców, i dzieci, i mam kogo poprosić o pomoc, i do niedołężności mi daleko. Ale ten strach i głupie poczucie winy, kiedy proszę o herbatę. Wiesz, że ja zawsze zaczynam od 'przepraszam'? Bardzo cię przepraszam, wiem że jesteś zajęty, ale może ewentualnie mógłbyś zrobić mi herbatę? Noga, noga, noga. !!!!

Gdybym potrafiła się skupić, choć na chwil parę, napisałabym o tym, że roztocza na półce tańczą kankana z radości, że nikt ich z tej miejscówki nie wyciepał. Chłop się stara, ale chłop to chłop jednak. O tym, że codziennie jem pomidory z cebulą. O tym, że lata nie ma u nas tego lata i dzieciaki w polarowych bluzach chodzą. O tym, że zapisałam się na kurs fotografowania. O tym, że zrobiłam listę marzeń do spełnienia. O tym, że do mojego domu kolejna staroć z odzysku trafiła i cieszy moje serce bardzo, bardzo. O tym, że młodsza pięknie mówi do mnie mami i mnie wtedy serce topnieje jak Olaf przy kominku. O tym, że starsza za chwilę będzie prawie taka wysoka jak ja. O tym, że marzę o rowerze. Brązowo- białym z koszykiem wiklinowym. I o pikniku na polach. O tym, że przepłakałam cały wczorajszy dzień. O tym, że ten blog kłuje kogoś mocno w oczy i ja mam to w sumie w poważaniu. O tym, że wzięłabym plecak, do plecaka aparat zapakowała i ruszyła. O tym, że mam ochotę przeczytać Anię z Zielonego Wzgórza od początku całą serię po raz 34565443. O tym, że kocham męża mojego i klucha mi w gardle rośnie, kiedy wsiada w samochód i jedzie po pomidora, bo ja mam ochotę. Chociaż wkurza mnie przeogromnie (mąż. nie pomidor.) O tym, że potrzebuję nowej sukienki. Nie wiem jeszcze jakiej, ale czuję, że potrzebuję. O tym, że kocham porządek, ale od kilku lat go u mnie w domu nie było. O tym, że odkryłam świetne torby. Z korka, dasz wiarę?? O tym, że... nie, o tym jednak nie.

Napiszę, sobie uroczyście obiecuję, tylko ta noga. Noga!!!


A lipiec u nas taki

i taki

chociaż bywa też taki

sobota, 1 lipca 2017

z panią to ja nie pogadam.

- Z panią to ja nie pogadam.

Mamą jestem od dziesięciu lat i nie wiem czy przez ostatnie 10 lat jakiekolwiek zdanie słyszałam częściej niż to właśnie.  Na placach zabaw, na forach internetowych czy w kolejce do szczepienia słyszę to regularnie. Że ze mną to normalnie pogadać się nie da, wiesz, tak jak matka z matką tylko potrafi gadać. Że inna jestem i skąd ja się w ogóle urwałam. Z choinki na pewno. Słyszałam to regularnie, kiedy starsza córka była mała, słyszę to teraz i pewnie jeszcze długo będę słyszała. Nawet teraz, kiedy jest już dużą dziewczynką, zdarza mi się dowiedzieć od innej mamy, jak to jestem oderwana od rzeczywistości. I że nic nie rozumiem. Itede.

A czego to ja nie rozumiem? Świata, proszę ja Ciebie. Świata i rządzącym się nim praw. Ostatnie co mogę o sobie powiedzieć, to to, że jestem wyluzowaną matką. Co to, to nie. Pracuję nad tym, owszem, ale wciąż za dużo we mnie spiny. Jednak nie mam i nigdy nie miałam ciśnienia związanego z tempem rozwoju moich dzieci. Obserwuję cały ten wyścig jakby odrobinę z boku i nierzadko przeraża mnie przekrzykiwanie się mam niczym przekupek na targu, co to ich dzieci nie potrafią i ojezuzmaria idź koleżanko ze swoim do lekarza, bo ma rok i jeszcze nie recytuje Słowackiego! Trochę koloryzuję, ale serio czasami tylko czekam na moment, kiedy usłyszę, że moje dziecko to ma 6 miesięcy i chodzi na japoński...

A ja nie mam ciśnienia. Każde dziecko jest inną historią, ma swoje tempo i swój własny rytm. Jest mi całkowicie obojętne, kiedy moje dziecko zacznie siadać, chodzić, pić z kubeczka, mówić. Nie zadręczam się tym, kiedy przestanie budzić się w nocy, siusiać do pampersa i jeść rączkami. Nie wymyślam dzieciom opóźnień, nie szukam w książkach, nie grzebię w necie, nie fiksuję tylko dlatego, bo córka koleżanki już chodzi, a moja nawet o tym nie myśli. Nie słucham dobrych rad. Jestem zdania, że przyspieszanie rozwoju dziecka na siłę może przynieść więcej złego niż dobrego. Sadzanie dziecka, które jeszcze nie trzyma sztywno plecków, trzymanie dziecka w chodziku, stymulowanie na siłę... Czy moje dziecko jest na to gotowe? Czy tego chce? Czy potrzebuje? Oczywiście nie mówię tutaj o skrajnych przypadkach, kiedy dziecko jest wyraźnie opóźnione w rozwoju i naprawdę potrzebuje pomocy, ale to oczywiste, prawda? Tak na marginesie, czy wiesz, że ponad połowa dzieci, które trafiają do rehabilitantów, jest całkowicie zdrowa i jedyne czego potrzebuje, to cierpliwość swoich rodziców? Powiedz czy to ma jakiekolwiek znaczenie, czy dziecko usiądzie w wieku 6 miesięcy czy dwa miesiące później? Czy zrobi Ci to jakąś różnicę, jeśli zrobi pierwszy krok po swoich pierwszych urodzinach, a nie przed? Czy to coś złego, że pierwsze "mama" usłyszysz kilka tygodni później niż Twoja koleżanka od swojego dziecka? Nie zakłócaj naturalnego rytmu swojego dziecka, bo to tak, jakby ktoś Ciebie zmuszał do przekraczania granic, których nie jesteś gotowa przekroczyć. Jak zareagujesz, kiedy pierwszego dnia na siłowni trener będzie zmuszał Cię do spędzenia na bieżni dwóch godzin, przy czym Ty wysiadasz po 15 minutach? Nie rób tego swojemu dziecku. Ono wie, gdzie leżą jego granice.

Nie wzruszają mnie dobre rady, które płyną do mnie wartkim strumieniem już dziewiąty rok. Swoją drogą to bardzo dziwne, że oto rodzi się dziecka i młoda mama już od pierwszego dnia jest nimi bombardowana z każdej niemal strony. Nagle każdy czuje się zobowiązany do pouczania i moralizowania. Niby w dobrej wierze, ale odsiać te prawdziwie dobre rady od bzdur. Intuicja i mądry pediatra- to wszystko, czego potrzebuje świeżo upieczona mama.

Moje dzieci w wielu sprawach nadawałyby się do leczenie- według co niektórych. Starsza bardzo długo nie ogarniała nocnika i słyszałam sugestie, że o matko kochana ona na pewno ma coś z pęcherzem! W wieku 4 lat nie wymawiała "r" i byłam bombardowana wręcz nakazami pójścia do logopedy. Tymczasem i nocnik pojawił się w swoim czasie, i "r" również się pojawiło niemal z dnia na dzień. Młodsza pierwszy raz sama usiadła, jak skończyła 8 miesięcy, a tymczasem "dobre" rady słyszałam od 5 miesiąca jej życia, łącznie z tymi, żeby sadzać ją mimo wszystko, bo inaczej się nie nauczy... Dzisiaj zdarza mi się łapać negatywne uwagi na temat niewystarczającej ilości zajęć pozalekcyjnych u Zetki. A ja zwyczajnie pozwalam jej próbować różnych rzeczy. Była już nauka gry na pianinie, było kółko teatralne, był zespół taneczny, teraz jest basen i kółko turystyczne. Niech próbuje, niech szuka. Kiedyś trafi na coś, co ją pochłonie bez reszty, gorąco w o wierzę. Czy naprawdę dziecko, które ma zapełniony grafik od rana do wieczora, jest dzieckiem szczęśliwszym, inteligentniejszym?


Z niepokojem obserwują trend, który niesie rodziców w niebezpieczne rejony. Producenci zabawek tylko utwierdzają nas w przekonaniu, że jeśli nie kupisz dziecku najnowszej, kosmicznie drogiej zabawki,  nie rozwiniesz jego inteligencji i funkcji poznawczych. Przecież to nieprawda, że te wszystkie oczojebne, wyjące, piszczące, plastikowe dziwolągi są najlepsze dla dziecka. Rażą mnie takie zabawki, chociaż nie da się ich uniknąć tak całkiem, bo przecież rodzina przynosi prezenty, samo dziecko też ulega reklamie i potem wierci dziurę w brzuchu. Lubię otaczać się ładnymi rzeczami i lubię, kiedy moje dzieci bawią się ładnymi zabawkami, które rozwijają wyobraźnię. Drewno, szmaciane lalki, misie, mądre książeczki... chyba nie pasuję do tych czasów. Lubię, kiedy drewno jest drewnem, nie pomalowane na milion pstrokatych kolorów. Lubię, kiedy książka jest książką a lalka lalką do kochania, a nie sztuczną wyfiokowaną Barbie do nie wiadomo czego.

Lubię patrzeć jak moja dwuletnia córka bierze w małą łapkę kredkę i bazgrze po swojemu na kartce. I kiedy mówią mi, że jest za mała na kredki, ja pytam "a dlaczego?" i pozwalam jej brudzić sobie rączki, spodenki i bluzeczkę, i nie używam co pięć sekund mokrych chusteczek, żeby to wszystko powycierać. Oczywiście są pewne zasady; nie niszczymy książek, zabawek ani mebli, uczymy się szacunku do przedmiotów, ale powoli. Lubię, kiedy ta duża po letniej ulewie zakłada kalosze i moczy się w kałużach aż po same pachy. Lubię, kiedy wraca do domu cała mokra, z błotem we włosach i z wielkim uśmiechem na twarzy. Dla mnie to jest kwintesencja dzieciństwa i kiedy mówią, że takie szaleństwa to przesada, ja pytam "a dlaczego?" i spokojnie zeskrobuję zaschnięte błoto z jej twarzy.

Jest cała masa wartości, jakie chce Im przekazać. I nie są to czyste dłonie, uczesane włosy i spódniczka bez zagnieceń. To znaczy też, ale to nie priorytet. Chcę, żeby eksplorowały, doświadczały, dotykały i śmiały się jak szalone. Bez strachu, że pobrudzą sukienkę i mama będzie zła. Chcę, żeby szły swoimi drogami, nie moją drogą i chcę nauczyć się pozwalać im zbaczać, kiedy tylko będą chciały.

piątek, 30 czerwca 2017

heheszki, czyli o tym, że wszystko zaczyna się w głowie.


Boki zrywać, naprawdę. Ubaw po pachy. Akurat teraz, kiedy plany były wielkie, marzenia do zrealizowania takie niby zwykłe, bo i piknik na plaży miał być, i wycieczki rowerowe, i rajd po okolicznych jarmarkach staroci... normalne takie, ale micha cieszyła się na samą myśl o tegorocznym lecie. Teraz, po przeleżanej ciąży, po względnym odchowaniu najmłodszego stwora... Teraz, kiedy nareszcie MOGĘ! Kurdę, nic nie mogę. Los ma wyjątkowo przewrotne poczucie humoru. Czarne wręcz powiedziałabym. Ale czego ja chcę. Podobno ja też mam dziwne poczucie humoru, także tego... tam, gdzie inni żartu nie widzą, ja umieram ze śmiechu u na odwrót. Żart na moją miarę uszyty.

Ha. ha. ha.

No. To się pośmialim, pożartowalim, a teraz do sedna. Ledwo rok szkolny się skończył. Ledwo wybrzmiał ostatni dzwonek. Ledwo starsza córa świadectwo do domu przytachała. I trach. Szlag moje kolano trafił. W szczegóły wdawała się nie będę; starczy tylko jak powiem, że lato mam z głowy. Siedzę ci ja niczym ta kwoka wysiadująca jaja, z nogą wystawioną jak
 lufa armatnia, nadęta i wściekła na cały świat. Na siebie samą chyba najbardziej. Że mi się toto przydarzyło. Wyjątkowa heheszki, jakby to starsza moja ujęła, że ja i moje adhd realizować się możemy li i jedynie siedząc na kanapie...

I takie refleksje mnie naszły między jednym wkurwem a drugim... że po kiego ja się tak wściekam?? Rozejrzyj się, babo, dookoła, a potem rąbnij czymś ciężkim w ten pusty łeb! To tylko kolano. Nie rak, nie odcięta noga, nie wyrok! A ja zachowuję się, jakby świat się skończył. Jakby już żadnego spaceru, żadnej wycieczki i randki z mężem nie było. Da się to ogarnąć przecież. Kilka tygodni i będzie jak nowe. Mogło być gorzej. Znacznie gorzej. Siedzisz na wygodnej kanapie, soczki, sroczki i herbatki ci donoszą, poduszki pod dupskiem poprawiają, dzieciami się zajmują. Doceń to, że są wokół ludzie, którzy ci te poddupniki poprawią, doceń zamiast wkurzać się, że sama tego nie możesz zrobić. Mogło ich nie być. Mogłaś być sama.

Moja mama, a wcześniej babcia kochana, często powtarzały- chcesz rozśmieszyć Pana Boga, powiedz Mu o swoich planach. Te słowa padały zazwyczaj wtedy, kiedy z wypiekami na twarzy i dziko błyszczącymi oczyma opowiadałam co zrobię, kiedy i jak, dokładnie wszystko zaplanowane miałam co do minuty, ba! co o sekundy nawet. A wtedy to spojrzenie pełne politowania, rzucone spokojnie znad okrągłych niczym okulary Lennona okularków babci, i te słowa właśnie... A ja wiadomo nadymałam się jak mała purchawka co to zaraz ma pęknąć na pierdyliard kawałków i oburzenie wielkie, bo jak to, przecież ja mam plany. JA wiem jak będzie. No i co? No i zazwyczaj to One miały rację. Z moich planów, tak skrupulatnie snutych, albo wychodziło wielkie jajo, znaczy się nic nie wychodziło, albo coś zupełnie innego i to zupełnie inne  wcale nie było gorsze od tego, co sobie pierwotnie umyśliłam. Inne było po prostu. Ale to dopiero po czasie człowiek dostrzega, po wielu latach, że to ja się myliłam, że to ja śmiesznie policzki nadymałam w tej złości mojej bezsensownej i że... plan B czasami okazuje się lepszą wersją planu A. Tylko otworzyć głowę trzeba i nie trzymać się kurczowo tego, co i tak już nie jest do uratowania.

Wszystko jest kwestią nastawienia. I tej otwartej głowy właśnie. Tak myślę. Tylko i wyłącznie my decydujemy jak zareagujemy na daną sytuację. Dzieje się coś i tutaj podejmujemy decyzję świadomie lub mniej świadomie, ale podejmujemy ją zawsze. Szczęście to nie tylko to, co nas spotyka, ale też (a może przede wszystkim) świadomy wybór.

Stało się. Jakie mam opcje?
Mogę siedzieć jak purchawka na kanapie i z miną zawodowego zabójcy celować tą moją nieszczęsną nogą w każdego, kto mi się nawinie, posyłając serię jadu i złośliwości. Mogę
wkurzać się na cały świat, że lato mi ucieka. Mogę ryczeć w głos i zepsuć wszystkim wakacje.

Mogę, tylko po co.
Mogę też przyjąć spokojnie to co się stało, odetchnąć głęboko kilka razy i wykorzystać najlepiej jak się da ten przymusowy przystanek. Wszystko zaczyna się w głowie.