piątek, 17 listopada 2017

w życiu chodzi o to, żeby się jarać

- Nudzę się.- To jest jedno z tych magicznych zdań, które w sekundę potrafią wyprowadzić mnie z równowagi. Pół biedy, kiedy słyszę coś takiego z ust jęczącego, marudnego pięciolatka, ale kiedy wypowiada je dorosły, świadomy człowiek, krew mnie zalewa. Tak prawdę mówiąc niewiele jest rzeczy, które w drugim człowieku doprowadzają mnie do szewskiej pasji, tolerancyjną jednostką jestem mocno i bardzo to sobie chwalę, ale nie ma we mnie zgody na tracenie cennych chwil. Nie ma i już! 


Nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy żyją sobie ot tak, z dnia na dzień. Budzik, śniadanie, praca, obiad, tv, kolacja, spać. Prześlizgują się leniwie z godziny na godzinę. Beznamiętne przerzucają kartki z kalendarzu i niczego więcej nie potrzebują. Nic ich nie kręci, nic nie powoduje szybszego bicia serca, nic nie wywołuje uśmiechu na twarzy. Biorą życie takie jakie jest. Przyjmują wszystko za dobrą monetę. A potem na pytanie: co u Ciebie? Odpowiadają: eeee nic się nie dzieje, nudzę się. Jak możesz się, człowieku, nudzić?? Życie oferuje Ci tyle możliwości. Wystarczy wyciągnąć rękę i po nie sięgnąć. Trzeba tylko chcieć. I nie wciskaj mi tu, proszę ja Ciebie, kitu, że inni mają lepiej. Zawsze, ale to zawsze znajdzie się ktoś, kto ma według Ciebie lepiej niż Ty. Lepiej, więcej i bardziej- ale czy to powód, żeby zapaść się w swoim życiu jak w wysiedzianym fotelu i nic nie robić? Czy to naprawdę jest dobry powód, żeby swój cenny czas przeznaczyć na bezmyślne przeskakiwanie z kanału na kanał i gapienie się na kolejne trudne Inni mają więcej pieniędzy, lepszą figurę i mniej zmarszczek mimicznych wokół oczu. Inni mają wielki dom nad morzem, kominek w tym domu i supergrzeczne dzieci. Inni mają dobrą pracę, błyszczące auto i cholernego szofera w tym aucie. Otwórz oczy! Trawa u sąsiada jest zawsze bardziej zielona, wiesz?



Wiesz, tu nie chodzi o to, żeby robić nie wiadomo co. Nie musisz zaraz pakować plecaka i ruszać na samotną, pieszą wyprawę dookoła świata w klapkach i na obcasie- żeby było bardziej hardkorowo. Nie o to chodzi, żeby chwalić się przed znajomymi, że ja to łooooo caaaały caluśki świat zjeździłam, gdzie to ja nie byłam, czego nie robiłam, smażone w ogniu piekielnym jadowite robaki jadłam, James Bond w swojej limuzynie stuletnim winem mnie częstował, a z Jimem Morrisonem to nawet pionę przybiłam... nic to, że nie żyje. Nie, nie, nie. Chodzi o to, żeby mieć szeroko otwarte oczy i dostrzegać to, co dzieje się wokół; w każdej chwili, w każdej minucie coś się dzieje i nie jest to tylko motywacyjne nawijanie makaronu na uszy, bo life coach ze mnie taki jak z koziej pupencji parasol. Życie codziennie niesie ze sobą nowe szanse, możliwości i okazje do zmian. Codziennie otwierają się przed nami jakiś drzwi, najczęściej otwierają się z delikatnym tylko skrzypnięciem, więc my, zabiegani jak te chomiki w swoich kołowrotkach, wcale tego nie zauważamy. Jesteśmy sfocusowani na tym, czego nie mamy i na tym, co mają inni, zamiast szukać tych cichych skrzypnięć. Nigdy nie wiadomo czy raz otwarte drzwi otworzą się dla Ciebie ponownie. "Zrób to co możesz w danej chwili, w tym miejscu, z tym co masz"- jedno z moich najbardziej ulubionych zdań motywacyjnych. Powtarzam je sobie zawsze jak mantrę, kiedy czuję, że dopada mnie zniechęcenie i niechciejstwo. A wiedz, że o tej porze roku dopada mnie wyjątkowo mocno. Mogłabym to zdanie wytatuować sobie na czole, żeby co rano w lustrze na nie patrzeć i pamiętać. Rozumiesz? W tym zdaniu zawiera się wszystko, co chcę Ci powiedzieć.  



Sztuka uważności, doceniania każdej chwili, bycia tu i teraz, w tym obecnym momencie. Teraz jest wielki boom na mindfullness. Zapanowała moda na uważność i bardzo dobrze, chociaż obawiam się, że jak każda moda szybko przeminie i nadejdzie kolejna. Ja, jak to ja, przyglądam się każdej modzie stojąc nieco z boku, zwłaszcza że mindfullness stosowałam na długo przed tym, zanim dowiedziałam się, że tak właśnie się to nazywa. Metodą prób i błędów, po wielu straconych dniach i po odkryciu, że cholera jasna przecież nie będę żyć wiecznie!, zaczęłam naprawdę widzieć i nauczyłam się dostrzegać. Wydaje się łatwe, ale niesamowicie trudno jest być tu i teraz, bez wybiegania myślami w przyszłość czy bez analizowania przeszłości.  Jeśli pijesz herbatę, to pij tą herbatę, a nie biegaj z kubkiem po domu i nie rób miliona innych rzeczy, bo wtedy nawet nie poczujesz jej smaku. Jeśli bawisz się z dzieckiem, to bądź w tej zabawie na 100%, odłóż telefon, zarycz jak lew, poszczekaj jak piesek. Jeśli czytasz książkę, to czytaj tą książkę, wyłącz telewizor, nie pisz smsów. Bądź w tej właśnie chwili. Nie bój się, że nie zdążysz, że czas Ci ucieknie. Nie ucieknie, uwierz mi, a Ty co co najwyżej zostaniesz z poczuciem, że ani herbaty nie wypiłaś, ani z dzieckiem nie pobawiłaś, ani nie wiesz o co w książce chodzi... 




 Jeszcze zanim pierwszy raz usłyszałam słowo mindfulness, wiedziałam, że chwile trzeba celebrować. Celebrować jak cholera, bo czas płynie i więcej już go nie będzie. Świętować każde urodziny, jakby miały być ostatnie. Gilgotać dziecko i śmiać się z nim do łez. Przytulać, kochać i wybaczać. Każdy dzień wycisnąć jak cytrynę. Nie przebimbać swojego czasu. Powtórki nie będzie. Więc się jaram. Jaram jak dziecko. Dobrym jedzeniem, tortem urodzinowym mojej córki, gorącą herbatą z imbirem, która tylko o tej porze roku tak smakuje. Listopadowym wieczorem przy milionie migoczących lampek, świecą o zapachu maślanych ciasteczek i kocem w szkocką kratę też się jaram. Magią łapania chwil w kadr mojego aparatu jaram się przeogromnie i tym, że słowem pisanym można budować równoległe światy również. Grudniem, który niedługo przyjdzie, świąteczną płytą Michaela Buble i zapachem prawdziwej choinki... i całym mnóstwem innych rzeczy jaram się równie mocno.  


 A Ty jarasz się życiem? :)

sobota, 11 listopada 2017

60 motywacyjnych cytatów, które działają lepiej niż tabliczka czekolady.

Wpadłam w sen jesienny. I... mogłabym znowu wylać tutaj wiadro narzekań i pomarudzić Ci trochę, ale ileż można. Nie będę się powtarzać, bo to już nudne się robi. Mój mózg nie jest wstanie wyprodukować nic sensownego. Coś tam się po tej mojej głowie tłucze, coś się pisze w ciągu dnia, coś mi mgliście majaczy, coś ważnego, coś wesołego, ale zebranie tego w rozsądnie brzmiące zdania jest chwilowo ponad moje siły.



 Opcja stand by niezależnie od wszystkiego? 


Przyzwyczailiśmy się do tego, że zawsze jesteśmy na trybie stand by, niezależnie od wszystkiego. Niezależnie od tego co podpowiada nam ciało, głowa i pogoda za oknem. Nasza cywilizacja nie zwalnia, nie ogląda się na pory roku i na naturalną potrzebę organizmu do odpoczynku i wyciszenia. Jesteśmy w ciągłej gotowości bojowej, ciągle z podniesioną gardą i napiętymi mięśniami, gotowymi w każdej chwili zaatakować. Oderwaliśmy się totalnie od sezonowości, ignorujemy zmiany zachodzące w przyrodzie i zmiany zachodzące w nas. Gdzieś mamy naturalny rytm wyznaczany przez przyrodę i mamy wyrzuty sumienia, jeśli odczuwamy zmęczenie czy spadek sił. A tymczasem jesień to naturalne spowolnienie, którego nikt nie jest w stanie przeskoczyć. Tak jak wiosną wszystko budzi się do życia, tak jesienią zasypia. Tyle. Nic na to nie można poradzić. Jesień to czas melancholii, wyciszenia i refleksji. To czas na odpoczynek, ciepłe skarpety i gorącą herbatę. I powinniśmy pozwolić sobie na tę chwilę wycofania. Jesteśmy częścią przyrody, choćbyśmy nie wiem jak bardzo starali się temu zaprzeczać, więc dlaczego, powiedz mi, jesienią postępujemy w totalnej kontrze do tego, co robią inne zwierzęta? Wszystko się zatrzymało, tak jakby ktoś nacisnął magiczny guzik z napisem STOP. Tylko my jak totalnie zakręcone trybiki w maszynie pędzimy przed siebie, nie zwracając uwagi na to, co się dzieje wokół. I coraz bardziej wściekamy się na siebie, kiedy dopada nas zmęczenie i apatia... Wymagamy od siebie odporności robotów.




Co nie zmienia faktu, że listopad taki trochę od czapy jest...


Serio. Kolorowej jesieni już nie ma, a do grudnia jeszcze daleko. Takie zawieszenie w oczekiwaniu na coś. Staram się w każdej porze roku dostrzegać plusy, wycisnąć z niej ile się da i celebrować to, co daje dobrego, ale... prawdę mówiąc odkąd skończył się październik mam spore trudności w znalezieniu pozytywów. Może dlatego, że wciąż wymagam od siebie tyle samo co w takim lipcu na przykład? Wstawania o 5 rano i pisania porywających tekstów, kiedy reszta domu jeszcze smacznie śpi? Biegania od świtu do nocy z uśmiechem na ustach i z permanentnym życiowym adhd? Aktywności na najwyższym poziomie? To wkurzanie się na siebie męczy mnie najbardziej. Że nie tak ciągle coś. Czas chyba na odpuszczenie samej sobie. Tak myślę. Może właśnie to spowolnienie to największy atut listopada? Odpoczynek, czas na refleksje z miską gorącej zupy w dłoni? Może tak ma właśnie być. Mimo wszystko listopad to urodziny mojej Córki i zabawa andrzejkowa, i snucie pierwszych świątecznych planów, i rozglądanie się za prezentami,... i tych jasnych punkcików trzymam się mocno. Dasz wiarę, że krótko miało być? Taki króciutki wstęp chciałam napisać, a wyszło jak zawsze. Przyzwyczaiłam się, że jak chce krótko, to wychodzi epopeja. Tyle mam czasami Ci do powiedzenia, że nijak ma się to zasad poprawnego pisania. Siadam, piszę i nagle wszystko, czego się nauczyłam bierze w łeb. Cały tren trójpodział tekstów, wstępy, rozwinięcia, sręcia, zakończenia, srenia. Seo, preo, freo. A w dupie to mam. 



I mam zawias. Siedzę, gapię się na klawiaturę i zastanawiam się jak, do diaska, płynnie przejść od miski z zupą do moich ulubionych cytatów, ale chwilowo takie zgrabne lawirowanie pomiędzy słowami jest ponad moje skromne siły, więc zrobię to niezgrabnie. Na cytaty Cie zapraszam, no... Moje ulubione. Mam je powypisywane gdzie się tylko da (i nie da)- na ścianie, na lodówce, w plannerze, w notesach, których mam miliony... To właśnie o tej porze roku najbardziej potrzebuję mądrych słów. Wiem, że na niektórych słowa nie działają, ale na mnie działają bardzo. Może dlatego, że słowami zajmuję się na co dzień i traktuję je jak dobrych przyjaciół. 




No to jedziem.


1. "Jeśli czegoś nie lubisz, zmień to. Jeśli nie możesz tego zmienić, zmień nastawienie do tego". Maya Angeloy

2. "Nigdy nie jest za późno, aby być tym, kim się mogło być". George Eliot

3. "Życie, które dostałam, nie spodobało mi się. Więc wymyśliłam sobie nowe." Coco Chanel

4. "Jedną z tajemnic szczęśliwego życia są nieustające maleńkie uczty".

5. "Jeśli potrafisz o czymś marzyć, to potrafisz też tego dokonać". Walt Disney

6. Jesteśmy tym, co o sobie myślimy. Wszystko czym jesteśmy wynika z naszych myśli" Budda

7. "Zadbaj o swoje ciało. To jedyne miejsce, jakie masz do życia". Jim Rohn

8. "A co jeśli upadnę? Skarbie, a co jeśli pofruniesz?"

9. "Niektórzy ludzie są tak biedni, że jedyne co mają, to pieniądze". Bob Marley

10. "Celem nie jest bycie lepszym od kogoś innego, lecz bycie lepszym od tego, kim było się wczoraj".

11. "Odwaga polega na tym, że człowiek jest przerażony na śmierć, ale mimo to szykuje się do drogi". John Wayne

12. "Lepiej jest zapalić świecę, niż przeklinać ciemność". Matka Teresa z Kalkuty

13. "Być może urodziłaś się bez skrzydeł, ale najważniejsze, żebyś nie przeszkadzała im wyrosnąć". Coco Chanel

14. "Kiedyś- nie ma takiego dnia tygodnia". Janet Daily

15. "Odwaga nie polega na nieodczuwaniu strachu, ale na uznaniu, że coś jest ważniejsze niż lęk".

16. "Czekając na idealny moment, możesz nigdy nie rozpocząć dzieła. Zaczynaj już! Zacznij tam, gdzie jesteś i jako ten, kim jesteś." J.Jackson Brown.

17. "Jeśli idziesz za swoim marzeniem, to będziesz testowany". Kim Kiyosaki

18. "Pamiętaj, że kiedy potrzebujesz pomocnej dłoni, jest ona na końcu twojego ramienia. Gdy jesteś starszy pamiętaj, że masz drugą dłoń: pierwsza jest po to, żeby pomagać sobie. Druga, żeby pomagać innym". Audrey Hepburn

19. "Kobieta jest jak torebka z herbatą. Nie wiadomo jak jest mocna, dopóki nie znajdzie się w gorące wodzie". Eleonor Roosevelt

20. "Żyje się tylko raz, ale jeśli żyjesz dobrze, ten raz wystarczy". Mae Jemison

21. "Myślę, że wypalenie jest kwestia złości. Można je przezwyciężyć, znajdując to, co cię złości i konfrontując się z tym". Marissa Mayer

22. "Życie jest niesamowicie ciekawe i zaskakujące. Po jakimś czasie twoje największe cierpienia zamieniają się w źródło twojej największej siły". Drew Barrymore

23. "Jeśli widzisz, że musisz upaść, upadnij przynajmniej w wielkim stylu". Cate Blanchet

24. "Nie pozwól nigdy nikomu mówić ci, że nie masz prawa być tym, kim jesteś". Lady Gaga

25. "Szczęście się nie kończy, ono ulega zmianom." Lolita Pille

26. "Zawsze bądź pierwszorzędną wersją samej siebie zamiast drugorzędną wersją kogoś innego. " Judy Garland

27. "Wielu ludzi boi się powiedzieć czego chce. Dlatego nie dostają tego, czego pragną". Madonna

28. "W życiu nie ma porażek, są tylko lekcje." Jennifer Aniston.

29. "Jeśli chcesz zobaczyć tęczę, musisz najpierw poradzić sobie z deszczem" Dolly Parton

30. "Dano ci życie, które jest tylko opowieścią. Ale to już twoja sprawa jak ty ją opowiesz i czy umrzesz pełen dni." Marek Hłasko

31. "Zacznij w miejscu, w którym się znajdujesz, z tym co masz, a zawsze dojdziesz do czegoś wspaniałego." Mary Manim Morrisey

32. "Życie kurczy się lub rozszerza w zależności od naszej odwagi." Anais Nin

33."Nigdy nie odmawiaj zaproszenia. Nigdy nie opieraj się nieznanemu. Po prostu otwórz się na świat i napawaj przeżyciami. A jeśli się sparzysz... cóż, trudno. Pewnie nie na darmo..." Martyna Wojciechowska

34. "Jeśli chcesz zmienić świat, zacznij od siebie". Ghandi

35. "Najpierw staraj się być wartościowym człowiekiem. Sukces nadejdzie sam." Albert einstein

36. "Masz do zrobienia więcej niż prawdopodobnie możesz wykonać. Musisz tylko czuć się dobrze ze swoimi decyzjami". David Allen

37. "Chwała elastycznym, albowiem oni nigdy się nie złamią". Michael McGriffy

38. "Ciężko jest zwalczać wroga, który siedzi w Twojej własnej głowie". Sally Kemton

39. "Im szybciej idę, tym później dojdą" autor nieznany

40. "Kiedy uczeń jest gotowy, znajdzie się nauczyciel" maksyma Zen

41. "Codziennie małe postępy, jeśli są naprawdę codziennie, będą bardziej owocne niż spazmatyczne wysiłki Herkulesa". Anthony Trollope

42. "Aby marzenie mogło się spełnić, najpierw musisz zacząć marzyć." Brian Tracy

43. "Jeśli nie umiesz latać, biegnij. Jeśli nie umiesz biegać, chodź. Jeśli nie umiesz chodzić, czołgaj się. Ale bez względu na wszystko- posuwaj się naprzód." Martin Luther King

44. :Bądź latarnią, a nie sędzią. Bądź wzorem, nie krytykiem. Bądź częścią rozwiązania, nie częścią problemu". Stephen Covey

45. "Jeśli jest noc, musi być dzień, jeśli łza- uśmiech". Jan Twardowski

46. "Natura odpowiada tylko wtedy, gdy się stawia jej właściwe pytania". Niels Bohr

47. "Stojąc w miejscu, też można zabłądzić". Edward Stachura

48. "Przyszłość zaczyna się dzisiaj, nie jutro". Jan Pawerł II

49. "Nic nie robić jest czasem dobrym lekarstwem". Hipokrates

50. "Wspaniale jest wrócić do miejsca, w którym nic się nie zmieniło, i zobaczyć jak wielkie zmiany zaszły w tobie." Nelson Mandela

51. "Największym powodem do chwały nie jest to, że nigdy nie upadamy, ale to, że potrafimy się po upadku podnieść". Konfucjusz

52. "Sukces nie jest efektem słomianego zapału. Trzeba przejść przez ogień". James Medison

53. "Aby do czegoś dojść, trzeba wyruszyć w drogę". Wiesław Czernak

54. "Mogę zaakceptować porażkę, ale nie mogę zaakceptować braku próby". Michael Jordan

55. "Porażka inspiruje zwycięzców. To jest ich największy sekret." Robert Kiyosaki

56. "Najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie." Peter Drucker

57. "Zawsze, zawsze, zawsze wierz w siebie, bo jeśli ty w siebie nie uwierzysz, to kto?" Marilyn Monroe

58. "Nie przegap tych wszystkich dni między dziś a tym, czego się boisz albo nie możesz doczekać". Regina Brett

59. "Każdy poranek daje szansę na to, by wieczorem móc powiedzieć: to był szczęśliwy dzień". Małgorzata Stolarska

60. "Ze szczęściem bywa tak jak z okularami. Szuka się ich, a one siedzą na nosie". Phil Bosmans



Samo tworzenie tej listy było dla mnie fajną terapią. Mam nadzieję, że Ty również znajdziesz dla siebie kilka zdań, które dodadzą Ci energii w te szare dni. :) Daj znać czy tak jak ja uwielbiasz otaczać się mądrymi słowami.

środa, 8 listopada 2017

najpiękniejsze kadry października, czyli zdjęciowe podsumowanie miesiąca

Mniej mnie ostatnio. Wszędzie mnie jest mniej. Mniej w życiu, mniej dla ludzi, mniej w pracy i mniej na blogu. Mniej również dla moich dzieci i męża, co uwiera mnie najbardziej, bo nie tak powinno być. Gorszy czas nastał. Gorzej jem, gorzej śpię, gorzej żyję. Czuję się jak taka ospała mucha w smole, która porusza się w zwolnionym tempie, mimo że bardzo chce rozwinąć skrzydełka i polecieć, to nie może. Bo ta smoła oblepia wszystko co się da. Najchętniej zakopałabym się pod kocem, nakryła szczelnie głowę i wystawiła ją dopiero gdzieś w okolicach marca... Co roku obiecuję sobie, że tym razem będzie inaczej i listopad mnie nie złamie. Co roku obmyślam plan pokochania jesieni, co roku wyszukuję plusy szaroburości za oknem, co roku suplementuję jak szalona witaminę D i co roku przegrywam w tej nierównej walce. Dochodzę do wniosku, że ja po prostu potrzebuję słońca do normalnego życia. Bez niego na dłuższą metę tracę całą swoją pozytywną energię. Jako że przede mną jeszcze łohoho tygodni bez ciepełka, a nie da się przecież funkcjonować normalnie w takiej apatii, rozpoczynam wcielanie w życie planu poprawy samopopo. Dzisiaj przyszły do mnie świeczki, olejki zapachowe i cała masa innych poprawiaczy nastroju- o tym wszystkim będzie już niedługo na blogu. Przede mną mega ciekawa współpraca, kilka zdjęć do zrobienia i wypadałoby, żeby to wszystko nie zostało spartolone przez mój jesienny podły humor. A póki co... zorientowałam się, że nie było październikowego podsumowania zdjęciowego... Prawdę mówiąc kiepski to był miesiąc, jeśli chodzi o robienie zdjęć. Zaczynała dopadać mnie chandra i odłożyłam na bok aparat. Jednak jest kilka kadrów, którymi chętnie się z Tobą podzielę :) Taki był mój październik.











Zapraszam na mój instagram; tam praktycznie codziennie coś wrzucam- klik. 

sobota, 4 listopada 2017

Doidy Cup- fenomen kopniętego kubeczka.

Moja młodsza córka w przeciwieństwie do swojej starszej siostry jest dzieckiem całkowicie bezsmoczkowym i bezbutelkowym. Od pierwszej godziny swojego życia przejawia silne objawy cyckoholizmu wrodzonego połączonego z niemałym wstrętem do wszelkich butelek, smoczków uspokajaczy i kubków niekapków.



Od samego początku zdecydowanie odrzucała butelkę, nawet jeśli wewnątrz znajdowało się mleko made by mama. Nie i koniec. Ze smoczkiem uspokajaczem było podobnie, więc po kilku (-nastu, -dziesięciu?) nieudanych próbach pogodziłam się z faktem, że jestem dla Małej i jedzeniem, i uspokajaczem, i kanapą. Tak, tak, Mała uwielbiała spać na mnie z mlecznym źródełkiem w pysiu. Bywały chwile, kiedy miałam serdecznie dość tej naszej mlecznej drogi i marzyłam o tym, żeby móc wyjść bez niej z domu, mleko zostawić w butelce i mieć ten spokój w głowie, że w razie czego mała nie będzie głodna. Nic z tego. Zapomnij, matko karmiąco.


Czego to ja nie próbowałam... W naszym domu pojawiały się butelki zarówno te najdroższe, jak i te najtańsze, z kauczukowym smoczkiem, lateksowym silikonowym, antykolkowe i kolkowe bardzo, z małym przepływem, średnim i sikające na prawo i lewo. Żadna butelka i żaden kubeczek nie znaleźli uznania u małej marudy...oprócz kubeczka Doidy Cup, często nazywanego kopniętym kubeczkiem ze względu na jego śmieszny wygląd. Polecają go BLW-owcy, polecają logopedzi, polecają doradczynie laktacyjne i w końcu polecają go mamy, których dzieci poza piersią świata nie widzą. Byłam bardzo sceptycznie nastawiona, bo niby czym ma się różnić ten kawałek śmiesznie wygiętego plastiku od innych kubeczków dla dzieci? Chodziłam wokół niego i chodziłam, w międzyczasie wypróbowując inne kubeczki, w tym niekapki, ale w końcu kupiłam Doidy. I się zdziwiłam. Wiesz, to nie jest tak, że Mała od razu z uśmiechem na ustach chwyciła kubeczek w dłonie i jednym haustem wypiła cała zawartość, nie wylewając przy tym ani kropli. Co to to nie. Na początku była zlana od góry do dołu, ale sukcesem było to, że w ogóle zechciała spróbować. Z każdym kolejnym dniem widziałam coraz większe postępy. Dzisiaj potrafi nie uronić ani kropli, z czego jestem niesamowicie dumna.

Doidy Cup to kubeczek stworzony w Wielkiej Brytanii z wysokiej jakości materiałów i z  myślą o potrzebach małych dzieci. Picie z tego kubeczka polega na dokładnie takich samych ruchach szczęki co ssanie piersi matki. Kubeczek jest rewelacyjny, gdy rodzice chcą nauczyć niemowlę pić z prawdziwego kubeczka (dotyczy to zarówno dzieci ssących pierś, jak i tych karmionych z butelki). Kubeczek posiada specjalnie wyprofilowany, lekko ścięty kształt oraz dwa wygodne uchwyty, które pomagają w nauce samodzielnego picia. Kubeczek ten jest polecany przez pediatrów, położne, doradców laktacyjnych, dentystów, logopedów i technologów żywienia, ponieważ wspomaga on prawidłowy i zdrowy rozwój szczęki, zębów i mięśni twarzy. Na czym właściwie polega jego fenomen? Obserwując Małą, która piła z Doidy, zachodziłam w głowę o co chodzi. Dlaczego z tego kubeczka lubi pić i radzi sobie z tym całkiem nieźle, a z innego nawet nie spróbuje? Olśniło mnie dopiero wtedy, kiedy sama napiłam się wody z tego kubeczka. Pochylenie i samoregulacja! Zrozumiałam skąd ten dziwny kształt. Różnica między piciem z tradycyjnego kubka a piciem z Doidy jest kolosalna. Pijąc z tradycyjnego kubka musisz odchylić głowę do tylu, żeby cokolwiek z niego poleciało. Pijąc z Doidy delikatnie pochylasz głowę do przodu, czyli zachowujesz prawidłową pozycję. Poza tym zrób mały eksperyment- poproś kogoś, żeby Cię napoił. Nie, wcale nie żartuję. Nieważne z butelki, z kubka, czy z jeszcze czegoś innego. W momencie, kiedy ktoś wlewa w Ciebie płyn bez Twojej kontroli, włącza Ci się agresor. Mnie by się włączył na pewno. Każdy z nas chce sam kontrolować ilość spożywanych płynów i pokarmów, dziecko też. Budowa doidy umożliwia dziecku zachowanie kontroli nad tym ile wypija i w jakim tempie picie trafia do jego buzi.



Podsumowując:

  • Dziecko może samo decydować o tempie picia i ilości wypijanego płynu,
  • Dzięki temu, że kubeczek ma ścięty kształt dziecko widzi zawartość bez potrzeby odchylania głowy do przodu,
  • Podczas picia dziecko również nie musi mocno przechylać kubeczka i odchylać głowy do tyłu,
  • Ruchy szczęki podczas picia z kubeczka odpowiadają tym jakie są podczas ssania piersi,
  • Dziecko uczy się picia z otwartego kubka i jego odstawiania,
  • Picie z kubeczka Doidy Cup zapewnia trening szczęki i języka prowadząc do rozwoju umiejętności prawidłowego żucia i mówienia,
 
Doidy Cup nie jest produktem idealnym, bo takich zwyczajnie nie ma. Znalazłam dwa minusy. Pierwszy to cena. Około 35 zł za kawałek plastiku to jednak sporo. Tak, ja wiem, że opatentowany kształt, certyfikaty, no i firma, za którą się płaci, ale mimo wszystko. To dużo jak na malutki kubeczek.  Poza tym szukałam kubeczka, który byłby przezroczysty i który pozwoliłby mi dzięki temu lepiej kontrolować spożycie płynu przez Małą. Nie znalazłam...

U nas Doidy Cup się sprawdził i cieszę się, że trafiłam na którymś z for internetowych na informację o tym kubeczku. Dzięki niemu Mała trochę ze mnie "zeszła" i nauczyła się pić wodę i soczki z czegoś innego niż łyżeczka, a i ja odetchnęłam z ulgą, bo poić dziecko łyżeczką wcale nie jest takie zabawne ;)

czwartek, 2 listopada 2017

duża różnica wieku między rodzeństwem- tak czy nie?

Jedynacy mają przekichane i już. Mówię Ci to ja, jedynaczka od lat 34 z hakiem. Wiem, że zaraz pewnie podniosą się głosy mam jedynaków albo samych jedynaków, że to bzdura, że co ja w ogóle tutaj gadam, że generalizuję, szufladkuję, przypinam łatki, wrzucam wszystkich do jednego wora i te de, ale ja i tak wiem swoje. Całe życie, odkąd tylko sięgam pamięcią, marzyłam o rodzeństwie- do tego stopnia, że byłam gotowa sobie to rodzeństwo wymyślić! Niektóre dzieci mają wyimaginowanego najlepszego przyjaciela, a ja miałam niewidzialnego starszego brata. Na każde Boże Narodzenie pisałam listy do pana Mikołaja Ś. z prośbą o rodzeństwo. Zresztą to było totalnie nieważne, młodsza siostra czy starszy brat, ważne żeby ktoś BYŁ. Na dodatek nie mam dużej rodziny, cioć, wujków, kuzynów, a kuzynek to już w ogóle nie mam. Ot, garsteczka ludzi, którzy utrzymują ze sobą kontakt raz na jakiś czas.




Zazdrościłam innym dzieciom rodzeństwa.



Jako małe dziecko, ale i później, kiedy byłam już nastolatką, z wielką zazdrością słuchałam narzekań moich koleżanek, że młodszy brat zniszczył obrazek, ukradł lalkę, urwał misiowi ucho, porysował podręcznik do matmy. Też tak chciałam złorzeczyć, a potem wziąć łobuza paskudnego za rękę i iść na podwórko poganiać za piłką. Albo bajkę obejrzeć razem. Ciastka ze słoja ukraść. Na wyprawę po lody Bambino do sklepu na rogu pójść. Albo cokolwiek... Dzisiaj, mimo że jestem dorosła i wymyślonego brata już nie mam, mam za to córki i męża, tęsknię za rodzeństwem tak samo mocno jak kiedyś. Taka siostra, z którą można powisieć na telefonie, kiedy świat wali się na głowę albo brat, który obije twarz komu trzeba, to skarb jest przecież. Tak myślę... Dlatego od zawsze, po prostu od zawsze, wiedziałam, że jeśli tylko będę miała dziecko, to zrobię wszystko, żeby nigdy przenigdy nie było jedynakiem. Moim marzeniem była trójeczka. Póki co jest dwójeczka, ale kto wie :) Planowałam, że pomiędzy moimi dziećmi nie będzie dużej różnicy wieku, góra 2-3 lata. Tak, żeby razem dorastały, razem się bawiły i miały swój własny świat. Wiesz, że mam dwie córki. Starsza ma 10 lat, młodsza nieco ponad 2 lata. Jak łatwo policzyć między nimi jest 8 lat różnicy. Myślę, że to bardzo duża różnica wieku. Wiadomo, zdarzają się i większe, ale dla mnie, która planowała to co planowała, to bardzo, bardzo dużo. Dlaczego więc jest 8 lat, a nie góra 3, tak jak miało być? Nie planowałam tego, tak po prostu wyszło. Życie zdecydowało, a ja nie miałam w tym przypadku nic do powiedzenia, ale o tym innym razem :)


Nie ma idealnej różnicy wieku między dziećmi.



Obserwując moje córki zastanawiam się czy w ogóle istnieje coś takiego jak idealna różnica wieku między rodzeństwem. Jedno jest pewne- pytanie o to, kiedy zaplanować pojawienie się drugiego potomka, często spędza sen z powiek rodzicom. Wiadomo, że każda mama i każdy tata chcieliby, żeby ich dzieci dogadywały się jak najlepiej, miały super silną więź i w przyszłości były dla siebie oparciem. Ja, przyznaję się, bardzo obawiałam się tego, że przez tak dużą różnicę wieku między moimi dziewczynami, nie uda im się złapać ze sobą dobrego kontaktu, a przez to będą wychowywały się jak dwie jedynaczki, każda w swoim osobnym świecie, z zupełnie różnymi potrzebami i podejściem do świata. I trochę tak jest, ale o tym za chwilę. Każda sytuacja na pewno ma swoje plusy i minusy. Ta również. O plusach i minusach małej różnicy wieku nie wiem nic, więc nic Ci o niej nie powiem, bo zdaję sobie sprawę, że moje o tym wyobrażenia to jedno, a życie to drugie. Opowiem Ci za to, jak to jest, kiedy między dziećmi jest 8 lat różnicy. Podwójną mamą dwóch uroczych dziewczynek, a raczej powinnam napisać dwóch uroczych diablic ;) , jestem od 2,5 roku. To były niesamowicie trudne, ale i piękne lata. Było mi dane, i jest nadal, obserwować z bliska rodzącą się więź między siostrami. Niesamowite. Czasami bardzo się boję, że zrobimy lub powiemy coś, co zakłóci powstawanie tej więzi. Ja i pan mąż... Wiesz, łatwo jest starsze dziecko obsadzić w roli małego-dorosłego i wymagać od niego, żeby dorosło już, natychmiast, w tej chwili, bo w domu pojawił się maluszek. Albo ciągle strofować i pouczać, zapominając, że 10-letnie dziecko to jednak jeszcze tylko dziecko. W wychowywaniu dwójki dzieci z taki dużą różnicą wieku trzeba wykazać się ogromną mądrością. Ciągle się tego uczymy. Moje córki są na zupełnie innym etapie rozwoju. Jedna uczy się chodzić, druga uczy się tabliczki mnożenia. Obie potrzebują czegoś innego, inne rzeczy je interesują. 


Plusy i minusy.



Nie ma opcji, żeby bawiły się razem tymi samymi zabawkami. Nie posadzisz dwulatki i dziesięciolatki przed telewizorem, żeby razem pooglądały tę wkurzającą dziewczynkę Dorę (taka dygresja- czy ta bajka Ciebie też tak irytuje jak mnie? ;) ), bo starsza szybko odpadnie i przełączy na coś innego. Starsza była jedynaczką przez 8 lat. Dla niej pojawienie się siostry to była ogromna rewolucja, niemal wywrócenie jej poukładanego świata do góry nogami. Do tej pory uwaga dorosłych była skupiona tylko na niej, teraz ta uwaga podzielona jest na dwie. O dziwo, Starsza nigdy nie przejawiała agresji w stosunku do siostry; jeśli już miała pretensje, to były one skierowane do nas, rodziców, a zwłaszcza do mnie. Bo to JA powinnam zrobić coś, żeby mieć dla niej więcej czasu; to MOJA wina, a nie Małej. Starsza chodzi do szkoły, więc musi odrabiać prace domowe, musi się uczyć i wysypiać, a nie oszukujmy się, przy niemowlaku, któremu zdarza się płakać nocami, zdrowy i twardy sen to luksus- dla wszystkich domowników. Tak duża różnica wieku między dziećmi spowodowała też, że dla mnie wszystko było nowe. Zapomniałam jak to jest być w ciąży, mieć mdłości, rodzić, przewijać noworodka i wstawać w nocy. Uczyłam się wszystkiego od nowa, co nie do końca mi się podobało, bo panikowałam tak samo albo i gorzej niż przy pierwszym dziecku ;) A plusy? Są, owszem, i jest całkiem sporo. 8 lat to tak długi czas, że zdążyłam odpocząć, zregenerować się po pierwszej ciąży, po nieprzespanych nocach, kupkach, zupkach, szczepieniach, bilansach i odparzeniach. Miałam czas, żeby zająć się sobą, swoją pracą, rozwojem. Ale również był czas na porandkowanie z panem mężem oraz zwyczajne codziennie poświęcenie 100% uwagi starszemu dziecku. Byłam na każdym jej przedstawieniu w przedszkolu, chodziłam z nią do lekarzy, na spacery czy po prostu oglądałyśmy razem bajki. Miała mnie po kokardkę. Ogromnym plusem jest również fakt, że Starsza jest już teraz dzieckiem samodzielnym, a co za tym idzie nie muszę przewijać dwóch pup i wycierać dwóch nosów, bo jedna pupa i jeden nos ogarniają się same. Dziesięciolatka już wiele potrafi zrozumieć, można z nią otwarcie, szczerze porozmawiać i sporo wytłumaczyć. To wielki luksus dla rodziców.


Poza tym... moje dziewczyny po prostu się bardzo kochają :) To widać gołym okiem już teraz. Młodsza piszczy z radości na widok starszej aż szyby w oknach drżą, naśladuje ją we wszystkim co ta robi, każdy wafelek dzieli na równe pół- dla siebie i dla starszej siostry, a starsza codziennie powtarza młodszej "bez ciebie bym nie żyła" :) Niech to trwa już zawsze.



niedziela, 29 października 2017

ząbkowanie- (never)ending story/ przepis na czekoladowy suflet, który się zawsze udaje.

Moje młodsze dziecko jest raczej z gatunku tych przesypiających noce. Nie funduje nam atrakcji w postaci stu tysięcy pobudek ani nie żąda rozrywek o trzeciej nad ranem. Tak więc jak nieletnia w środku nocy, o godzinie dokładnie 1:58 siada półprzytomna na łóżku i do godziny 4.02 za nic w świecie nie zamierza przyjąć pozycji horyzontalnej, nie pomaga szszsz syczane przez matkę do ucha, nie pomaga Lulajże Jezuniu, aaaa kotki dwa, nie pomaga solidna porcja mleka, noszenia od jednego okna do drugiego ani śpij cholero wreszcie wymruczane przez nieżywą ze zmęczenia rodzicielkę... wtedy zrozpaczona matka siarczyście bluzga pod nosem i wietrzy kłopoty. Najpierw, po omacku, znajduje czoło nieletniej i sprawdza ciepłotę. Jest ok. Nos też wydaje się suchy, gila nie stwierdzono. Kichania nie słychać. A nieletnia siedzi, buja się w tę i wewtę niczym dziecko z chorobą sierocą, jęczy i sama nie wie czego chce, ale chce tego bardzo mocno; teraz, w tej chwili, o tej nieszczęsnej 1:58 w nocy.

Znaczy się zęby idą. Matka myśli: ja pierdziu, matko święta, cholera jasna, szlag by to trafił...
i szykuje wszelkie siły na kilkudniową jazdę bez trzymanki. Mała od pierwszej chwili na tym świecie robi wszystko z pompą, więc i ząbkowanie u nas to poziom master. Wiesz, jęki, darcie pysia, gorączka, katar i takie tam... Coś tam w tej małej buziuli kiełkuje, to pewne. Nie wiem dokładnie co, bo Mała przy każdej próbie wsadzenia palucha do buzi kąsa niczym rasowy pitbull. Poza tym na pytanie: gdzie cię boli? pokazuje łapką prawy policzek i robi nieszczęśliwą minkę. Wyczuwam, chyba, dwie dolne 5 już prawie, prawie na przebiciu, ale i na górze coś jakby twardniało pod dziąsełkiem. "Nasze" ostatnie cztery zęby. Tyko dlaczego wszystkie jednocześnie?? Także tego... jazda, proszę ja Ciebie. 

Dziecko jest totalnie nieodkładalne, wessane w matkę jak kleszcz w żywiciela, jęczące o wszystko. Wiesz, na zasadzie chcę wszystkiego, ale nic mi się nie podoba, a najlepiej to połóż się obok mnie i tak ze mną leż. Cały dzień. No to leżymy, tulimy się, głaszczemy. Mała memła kciuka w obolałej paszczy, ja nadrabiam zaległości czytelnicze... Relaks na wypasie, rzekłabym, gdyby nie to, że na stanie jest jeszcze jedna dziewczynka potrzebująca maminej uwagi, zlecenia do odhaczenia "na wczoraj", pralka czeka na załadowanie, roztocza na półkach to już w ogóle piknik sobie urządziły... A i remont jeszcze mamy buahahaha, ale to już innym razem.....

Spędzamy tak sobie weekend kokosząc się we czwórkę na kanapie, popijamy co tam kto lubi, jedni kawę, inni herbatę z miodem, a jeszcze inni mleko. Niektórym idą zęby, innym zęby wypadają i wypatrują wruszki zembuszki (pisownia oryginalna), jeszcze inni myślą o zapisaniu się do ortodonty (to ja) i dentysty (to pan mąż). Tak, zdecydowanie zemby zdominowały ten weekend. Ale żeby nie być taką monotematyczną, podrzucam Ci świetny przepis na banalnie prostu suflet czekoladowy, który zawsze się udaje i najlepiej smakuje właśnie w taką leniwą niedzielę, kiedy za oknem wieje jakby głowę chciało urwać (orkan Grzegorz był uprzejmy dotrzeć i do nas), a w domu ciepło, błogo, czekoladowo i... zembowo ;)


Suflet czekoladowy na dobry weekend.



Potrzebujesz:
 
180 g gorzkiej czekolady (minimum 90% kakao)
80g masła klarowanego
2 jajka
2 żółtka
2 łyżki mąki owsianej (u mnie zmielone w blenderze płatki górskie)
2 łyżeczki stewii


Zrób tak:

Kokilki posmaruj dokładnie masłem klarowanym. Rozpuść czekoladę w garnuszku razem z masłem klarowanym, aż do otrzymania płynnej masy- postaraj się nie wyjeść wszystkiego w trakcie mieszania. W osobnej misce zmiksuj jajka oraz żółtka, dodaj stewię i  mieszaj aż do dokładnego połączenia się składników. Dolej płynną czekoladę z rondelka do jajek, wsyp mąkę i wymieszaj.
Tak powstałą masę przelej do kokilek i wstaw do lodówki na około 20 min. Tu następuje najtrudniejsza część przepisu- czekanie.....
Następnie do zimnego piekarnika wstaw blachę z taką ilością wody żeby po wstawieniu na nią kokilek, jej poziom sięgał do połowy naczynia, rozgrzej piekarnik do 180 stopni. Wstaw kokilki na blachę i piecz około 15-17 minut.
Należy obserwować sytuację w piekarniku. Jeśli wyciągniesz suflety za szybko będą zbyt płynne, a jeśli się spóźnimy otrzymasz brownie. Tak czy siak będzie pyszne :)


wtorek, 24 października 2017

mm vs kp- jestem z obu obozów

Powstały dwa obozy, które mam wrażenie zwalczają się wzajemnie i usiłują przeforsować prawdę, która jest bardziej mojsza niż twojsza. Karmisz piersią ponad rok? Wariatka! Karmisz mm? Wyrodna! A nie można by tak się wspierać? Albo jeśli nie wspierać, to chociaż nie dołować, nie obrażać, nie gnoić? Jestem zarówno z jednego obozu, jak i z drugiego. Tak wyszło. Jestem więc mm, czyli wyrodna i kp, czyli wariatka karmiąca już ponad dwa lata. Mam dwie córki. Starszą karmiłam piersią jakieś... 2 tygodnie. Może nawet krócej. Młodszą karmię nieprzerwanie od pierwszej minuty jej życia aż do dnia dzisiejszego.



Dlaczego tak?




10 lat temu byłam młoda i głupia. Nie boję się otwarcie przyznać, że ciąża zaskoczyła mnie w samym środeczku najlepszej studenckiej zabawy. Oczywiście, że chciałam dla dziecka jak najlepiej, ale byłam niedoświadczona zupełnie, ślepo wsłuchana w głosy lekarzy, pielęgniarek i położnych. A te głosy często brzmiały zupełnie różnie. Aha i był jeszcze jeden głos- ten mojej mamy. Tak, mama również nie potrafiła mnie wesprzeć w kwestii laktacji. Może dlatego, że sama 30 lat temu tego wsparcia nie dostała? Kiedy urodziłam starszą córkę, nie było NIKOGO kto pomógłby mi karmić naturalnie. Nie wiedziałam wtedy, że mleko nie od razu płynie wartkim strumieniem, że czasami trzeba poczekać na jego pojawienie się  i wreszcie uwierzyłam, że moje piersi nie są stworzone do produkcji mleka. Coś takiego usłyszałam kilka godzin po porodzie od położnej. Tak bardzo wbiło mi się w głowę to niszczące zdanie, że zablokowałam się na amen. Ani kropli. Nic. Null. Pustka i totalna Sahara. Próbowałam coś zrobić. Walczyłam o to mleko, bo wiedziałam, że jest najlepsze dla mojego dziecka. Przystawiałam, piłam hektolitry karmi i ryczałam razem z córką. Stres, karcące spojrzenia pielęgniarek, córka która leciała z wagi na łeb na szyję i uwagi mojej mamy, która stwierdziła, że skoro ona mleka nie miała, to i ja pewnie nie mam. Bo to genetyczne jest. (ehh) Mam się przestać wygłupiać i dać dziecku butlę. Natychmiast, do ciężkiej cholery! Bo płacze. Bo głodne. Bo jestem be i jak mogę głodzić to małe stworzenie. Dałam butlę. Ryczałam potem w szpitalnej łazience i miałam tak ogromne poczucie porażki, że do dzisiaj chce mi się wyć jak o tym pomyślę. 




Okazało się, że córka płakała, bo była chora. 




Nie z głodu. Nie dlatego, że w moim mniemaniu byłam fatalną matką. Urodziła się z wrodzonym zapaleniem płuc i do dlatego była niespokojna i nie potrafiła ssać. Szkoda, że diagnoza nie została postawiona od razy, tylko pozwolona nam obu męczyć się prawie dwie dobry, ale to już temat na zupełnie inną historię... Wtedy było już za późno. Pokochała butelkę, na piersi nawet nie spojrzała. Pierwsze 3 tygodnie swojego życia spędziła w szpitalu, a tam wiadomo... warunki do spokojnego rozkwitu laktacji poniżej zera. Dno i muł rzekłabym. Zero wsparcia ze strony personelu, wręcz patrzono na mnie z dezaprobatą, kiedy walczyłam o mleko. Zewsząd słyszałam, że po co ja się wysilam, skoro jestem jedną z tych matek, które NIE POTRAFIĄ wyprodukować mleka.  8 lat później znowu byłam w ciąży. Tym razem mądrzejsza o 8 lat doświadczenia, mocniejsza, bardziej asertywna. Wiedziałam, że chcę karmić i będę karmić. Koniec, kropka. Nie ma innej opcji. Bardzo pomógł mi blog Hafiji- polecam każdej mamie, która chce karmić naturalnie. Urodziłam drugą córkę, która chwilę po urodzenia zadziwiła całą ekipę znajdującą się razem ze mną na porodówce. Dopełzła do piersi i zaczęła ssać. Jak zaczęła ssać, tak ssie do tej pory ;) Oczywiście nie ominął mnie problem braku mleka. To, że Mała ssała, nie oznacza że miała co ssać. Przez cały trzydniowy pobyt w szpitalu nie miałam ani kropli mleka. Myślałam: znowu to samo.....




Laktacja zaczyna się w głowie.


Mała płakała po nocach, bo była głodna. Ja płakałam, bo nie mogłam jej nakarmić. Z zazdrością patrzyłam na koleżankę ze szpitalnej sali, która narzekała, że zalewa ją mleko i co ona ma biedna zrobić. Tym razem jednak trafiłam na super położne. Zdanie, które wtedy usłyszałam od jednej z nich, pomogło mi uwierzyć że mi się uda. "Chcesz, dziewczyno, karmić? To będziesz. Jak się chce, to mleko będzie. LAKTACJA ZACZYNA SIĘ W GŁOWIE". Nie chcieli nawet słyszeć o dokarmianiu. Chwilami byłam nawet zła, bo Mała płacze, a oni nie chcą podać butli... Z perspektywy czasu widzę, że dobrze robili. Córa wisiała na mnie non stop przez 3 pierwsze doby życia. Pisząc non stop mam na myśli naprawdę NON STOP. Był problem ze skorzystanie z toalety. Był problem z przebraniem się. Nie chciała leżeć w swoim szpitalnym łóżeczku. Tylko na mnie, ze mną, przy mnie. Mądre dziecko. Wiedziało co robi. Tak skubana rozkręciła laktację, że wystarczyłoby dla całej ekipy wieloraczków. Nasza kraina mlekiem płynąca nie była usiana różami. Miałam pogryzione sutki (tu polecam maść Malatan- pomaga!), miałam kilka razy zapalanie piersi (rozbite liście kapusty czynią cuda ;) ), miałam dośc, kiedy Mała chciała jeść do 30 minut przez całą dobę. Jednak teraz, po 2,5 roku, kiedy nasze cycusiowanie dobiega końca (karmienie tylko na wieczór do spania), czuję dumę, że się nie poddałam. Czy po ponad dwóch latach karmienia piersią małej cyckoholiczki można mieć dosyć? Można. Czy można chcieć wreszcie raz na zawsze odzyskać swoje piersi i mieć je tylko dla siebie? Można.  Czy można czuć smutek na myśl, że ta piękna historia się kończy? Można. 


Mamo. Nie słuchaj, że jeżeli pierwszego dziecka nie udało się karmić, to drugiego też się nie uda. Bujdy. Wszystko zaczyna się w głowie. Jestem tego najlepszym przykładem.

A nawet jeśli...

Nawet jeśli sama rzucisz karmienie piersią, nawet jeśli sama wybierzesz butelkę dla swojego dziecka, to co z tego? Miłość i tak jest w tym wszystkim najważniejsza, a ta nie jest zależna od sposobu, w jakim karmisz:)


...

Zapraszam na blog Karoliny, gdzie produkuję się gościnnie ;) klik

sobota, 21 października 2017

moje 4 ulubione przepisy na kaszę jaglaną.

Co roku, kiedy kończy się lato, mam nadzieję, że w tym roku będzie zupełnie inaczej. Przecież całe lato uodparniałam dziewczyny ile się dało! Wciskałam w nie tony warzyw i owoców, pozwalałam moczyć się w zimnym jeziorze, biegać boso po trawie, wcinać łychami miód od dziadka... Co roku wydaje mi się, że jesteśmy zdrowotnie przygotowani na nadchodzący sezon grypowy. A tymczasem... 


Moja rodzina jak na zawołanie zaczęła chorować zaraz po rozpoczęciu roku szkolnego. Ja nie wiem.... Wiosna, lato- wszyscy zdrowi. Jak tylko zobaczyli w kalendarzu wrzesień-  armagedon. Czy wspominałam, że od półtora tygodnia siedzę z zakatarzoną Małą w domu? Nie? No to wspominam niniejszym... Usiłuję więc znaleźć sposób na zwiększenie odporności tego całego zakichanego towarzystwa. Pisałam już o pigwie i jej właściwościach zdrowotnych, a dzisiaj chcę Ci opowiedzieć trochę o kaszy jaglanej. Na moim stole kasza jaglana gości bardzo często, a w okresie jesienno-zimowym jemy ją kilka razy w tygodniu w przeróżnych formach. Jest bardzo zdrowa, ale niestety niedoceniana, mimo że to najstarsza ze znanych nam kasz. Pochodzi aż z czasów neolitu! Często nazywana jest królową kasz. Nie bez przyczyny zyskała taki przydomek; w okresie grypowym pięknie wspomaga odporność organizmu, a u chorego skraca czas trwania przeziębienia. Prawda, że to pięknie brzmi? :)


Czy wiesz, że…


* Według medycyny chińskiej, kasza jaglana wykazuje właściwości ocieplające. Wzmacnia osłabiony i wychłodzony organizm.


* Jest zasadotwórcza, przez co pomaga odkwasić organizm. Jest też lekkostrawna i zawiera wiele cennych składników odżywczych.


* Zawiera rzadko występującą w produktach spożywczych krzem, mający leczniczy wpływ na stawy. Krzem poprawia mineralizację kości, zapobiega ich odwapnianiu i przyspiesza regenerację po urazach.


* Krzem zapewnia także zdrowy wygląd skóry, włosów i paznokci oraz utrzymuje naczynia krwionośne w dobrym stanie, zapobiegając odkładaniu się w nich cholesterolu.


* Krzem wpływa także na przemianę materii, ułatwiając odchudzanie. Większość osób ma niedobory tego pierwiastka w organizmie z powodu nieprawidłowych nawyków żywieniowych i ograniczonej przyswajalności krzemu.


 * Nie zawiera glutenu. Mogą ją spożywać osoby chore na celiakię, nieceliakalna alergię na gluten lub inne alergie pokarmowe związane z glutenem.


* Kasza jaglana jest lekkostrawna, można ją wprowadzać do diety niemowląt jako jeden z pierwszych produktów zbożowych.


* Kasza jaglana zawiera cenne witaminy z grupy B (B1 – tiamię, B2 – ryboflawinę, B6 – pirydoksynę oraz kwas pantotenowy).


* Kasza jaglana dostarcza składników mineralnych: magnezu, wapnia, fosforu, potasu, żelaza.


* Kasza jaglana zawiera witaminę E oraz lecytynę, poprawiające pamięć i koncentrację.


* Jest bogata w antyoksydanty, czyli substancje wychwytujące i neutralizujące wolne rodniki.




Ja tak naprawdę... nie lubię kaszy jaglanej. Bardzo jej nie lubię i nie sądziłam, że kiedykolwiek ją polubię. Przeszkadza mi jej goryczka, która nie chce zniknąć nawet, kiedy przelewam kaszę wrzątkiem, płuczę ją zimną wodą, cuduję i skaczę wokół niej, a i tak wyczuwam ten irytujący mnie posmak. Moje dzieci mają dokładnie tak samo; jeśli wyczują w potrawie kaszę jaglaną, to odstawią talerz i podziękują za dalsze jedzenie. Pytasz jak to się dzieje, że w takim razie jemy kaszę jaglaną kilka razy w tygodniu? Już tłumaczę! Otóż moim celem jest takie przyrządzenie kaszy, żeby nikt się nie zorientował co je... ;) Taka sprytna jestem :) Jeśli masz dzieci, który ciężko jest wcisnąć coś zdrowego do jedzenia, to czytaj dalej- zaraz podzielę się z Tobą trzema ulubionymi przepisami moich dzieci na tę zdrową kaszę.


Przede wszystkim... BUDYŃ JAGLANY. O tak, to zdecydowany faworyt nie tylko dziewczynek, ale też mój i pana męża. Najbardziej lubimy wersję kokosowo-bananową, ale saute też jest pyszny.


Potrzebujesz:


1/3 szklanki surowej kaszy jaglanej

1 szklanka mleka kokosowego

1 łyżka miodu lub 2 łyżki syropu klonowego

1 banan

1 łyżka soku z cytryny


Zrób tak:


Kaszę jaglaną przed gotowaniem dokładnie (kilkakrotnie, zmieniając wodę, aż do czystej wody) opłucz w bardzo ciepłej wodzie, następnie wlej 1/2 szklanki mleka kokosowego i 1/4 szklanki wody i gotuj pod przykryciem do całkowitego wchłonięcia płynu i miękkości kaszy, przez ok. 15 minut.


Miękką kaszę włóż do blendera, dodaj resztę mleka kokosowego (1/2 szklanki), miód lub syrop, obranego banana i sok z cytryny. Zmiksuj na idealnie gładki mus (ok. 1-2 minuty miksowania).


Lubimy zarówno na ciepło, jak i na zimno. Zjadany tego samego dnia, jak również następnego dnia rano. Często na wierzch wrzucam bakalie lub prażone jabłka. Smakuje jak prawdziwy budyń :)



Jeśli nie budyń, to może SHAKE? Niżej przepis na nasz ulubiony z daktylami i malinami (zamiennie używamy borówek).


Potrzebujesz: (na 3 porcje)


2 szklanki mleka roślinnego

1 szklanka świeżych malin lub innych owoców

2/3 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej, czyli około 1/3 szklanki suchej kaszy

10 daktyli

łyżeczka ekstraktu waniliowego

łyżka oleju kokosowego


Zrób tak:


Daktyle zalej gorącą wodą na kwadrans. Odcedź i dodaj do blendera razem z pozostałymi składnikami, oprócz mleka. Wszystko zmiksuj na gładką masę, następne wlej mleko i dalej miksuj aż do uzyskania konsystencji gęstego szejka. Pyszny! Smakuje jak bita śmietana z owocami, serio! :)

Na zdjęciu jedno z moich ulubionych wrześniowych śniadań, czyli koktajl jaglany rafaello. Smakuje rzeczywiście jak te cudne kokosowe kulki tyle że w płynie ;) 1/3 szklanki ugotowanej kaszy jaglanej blenduję ze szklanką koksowego mleczka (koniecznie weź to gęste z puszki!)  i łyżeczką wiórków kokosowych. Najlepiej smakuje prosto z lodówki :)



Trzecia propozycja to ŚNIADANIOWE MUFFINY JAGLANE Z IMBIREM. Nie dosyć, że kasza, to jeszcze imbir- coś w sam raz na chore nosy i bolące gardła :)


Potrzebujesz:


1/2 szklanki surowej kaszy jaglanej

1 szklanka wody

1 szklanka mąki orkiszowej

2 jajka

1/2 łyżeczki tartego imbiru

1,5 banana

1 łyżka sezamu

1 łyżka sproszkowanych migdałów

1/4 szklanki oleju rzepakowego lub kokosowego

1 laska wanilii

opcjonalnie- kawałki czekolady, owoce


Zrób tak:


Kaszę wypłucz w gorącej wodzie i ugotuj pod przykryciem, aż wchłonie cały płyn (około 18 minut). Wystudź. Wymieszaj mąkę, sodę, migdały, sezam. Do wystudzonej kaszy dodaj jajka, pokrojonego w drobną kosteczkę banana, olej, ziarna z laski wanilii i tarty imbir. Wymieszaj i połącz z suchymi składnikami za pomocą łyżki. Do foremek muffinkowych przełóż ciasto to 3/4 ich wysokości. My lubimy dodać na wierzch czekoladą i owoce, np. borówki. Piecz w 190 'C z termoobiegiem przez 20 minut.


 Kotlety można zrobić właściwie z każdej kaszy. Ja bardzo lubię te z kaszy gryczanej z pieczarkami, te z pęczaku z hummusem i oczywiście KOTLETY Z KASZY JAGLANEJ I WARZYW. Najważniejsze jest to, że kaszowe kotlety w ogóle nie smakują jak kasza, która zazwyczaj nie figuruje na liście spożywczej top 10 wśród dzieci, więc są chętnie zjadane przez moje córki. Chociaż może się mylę? Może Twoje dziecko lubi kaszę, a moje paskudy są w mniejszości? Daj znać w komentarzu, jestem ciekawa!  Poniżej przepis na nasze ulubione kotlety.


Potrzebujesz: 

1 szklanka kaszy jaglanej 
1 mała cebula
 1 mała marchewka 
1 łodyga selera naciowego 
pół cukinii 
pół papryki (ja użyłam żółtej) 
1 jajko 
sól 
pieprz 
olej rzepakowy 

Zrób tak:

Kaszę wypłucz i gotuj około 20 minut. Do miski wrzuć pokrojone w małą kostkę cebulę, paprykę i seler naciowy, a także starte na grubych oczkach marchewkę i cukinię. Dodaj kaszę, jajko i dopraw solą i świeżo mielonym pieprzem. Wszystko wymieszaj. Z masy formuj kotlety, żeby się nie rozpadały, trzeba dość ściśle je uformować. Smaż na rozgrzanej patelni, do zrumienienia.
Podaj z jogurtem naturalnym (w wersji ligh) lub śmietaną (no raczej ;) )

 
  Jedz na zdrowie :)